Teściowa ZAPROSIŁA rodzinę do naszego domu bez pytania. Tym razem postanowiłam, że sama zajmie się

Część 1: Piątkowy wieczór, który miał być tylko nasz

Przygotujcie się na gości. Rodzina już do was jedzie.

Teściowa zaprosiła gości, ale do naszego domu. Postanowiłam dać im lekcję. Nie minęło dużo czasu, a już pakowali walizki.

W piątek wieczorem wreszcie mieliśmy z Patrykiem zostać sami. Mikołaj pojechał po południu do mojej mamy i miał zostać u niej aż do niedzieli. Dla nas to było niemal święto. Od kilku tygodni ciągle coś się działo. Praca, szkoła, zakupy, jakieś sprawy do załatwienia. A kiedy już człowiek myślał, że usiądzie spokojnie, zawsze ktoś czegoś chciał.

Tego wieczoru nie chcieliśmy niczego. Zamówiliśmy pizzę, otworzyliśmy butelkę czerwonego wina i rozłożyliśmy się na kanapie w salonie. Patryk właśnie szukał serialu, który od dawna odkładaliśmy na później, kiedy zadzwonił jego telefon.

Spojzał na ekran.

— Mama.

— Odbierz — powiedziałam, sięgając po kolejny kawałek pizzy. — Może zapomniała powiedzieć Mikołajowi dobranoc.

Patryk włączył głośnik.

— No, mamo?

Głos Ewy brzmiał wyjątkowo pogodnie.

— Otwórzcie bramę. Barbara już skręciła w waszą ulicę. Powinni być za jakieś pięć minut.

Patryk znieruchomiał. Ja też przestałam żuć.

— Kto?

— No Barbara. — Ewa roześmiała się, jakby syn właśnie zadał najbardziej absurdalne pytanie świata. — Przecież mówiłam ci o niej kiedyś. Daleka rodzina od strony mojego ojca. Jedzie z Tadeuszem i Jakubem. Są w trasie od rana. Biedni ledwo żyją.

Patryk usiadł prosto.

— Mamo, ale co oni robią na naszej ulicy?

— No jak to co? Przyjeżdżają do was przenocować.

Spojzałam na męża. On spojrzał na mnie. Przez kilka sekund żadne z nas się nie odezwało.

— Mamo — zaczął Patryk powoli. — Ty nas w ogóle pytałaś?

— Och, Patryk, nie przesadzaj. Macie duży dom. Jedna noc nikomu nie zaszkodzi. Mówiłam Barbarze, że spokojnie się zmieszczą. Po co mają wydawać pieniądze na hotel?

Poczułam, jak coś zaczyna mnie nieprzyjemnie ściskać pod żebrami.

— Ewo — odezwałam się. — My nawet nie wiedzieliśmy, że ktoś ma przyjechać.

Na chwilę zapadła cisza.

— Magda, przecież to rodzina — odpowiedziała tonem, którym zwykle kończyła każdą dyskusję. — Ludzie są zmęczeni. Jadą przez Wrocław dalej. Nakarmicie ich, pościelicie i rano ruszą. Naprawdę nie róbmy z tego problemu.

I zanim zdążyłam odpowiedzieć, rozłączyła się.

Patryk patrzył na telefon, jakby urządzenie właśnie go zdradziło.

— Ona naprawdę to zrobiła?

— Wygląda na to, że tak.

W tej samej chwili od strony ulicy dobiegł krótki dźwięk klaksonu, potem drugi. Podeszłam do okna. Przed bramą stał duży samochód, cały w kurzu po trasie. Przy bagażniku kręcił się postawny mężczyzna, a po drugiej stronie auta kobieta w jasnej kurtce energicznie wyciągała torby z tylnego siedzenia.

— Są — powiedziałam.

Patryk westchnął.

— Wejdę. Powiem, że zaszło nieporozumienie.

Nie zdążył.

Część 2: Walizki, kapcie i „przecież jesteśmy rodziną”

Kiedy otworzył furtkę, Barbara już szła w stronę domu z dwiema torbami w rękach.

— No nareszcie! — zawołała szeroko uśmiechnięta. — Myśleliśmy, że ten GPS nas gdzieś między działki wywiezie.

Za nią Tadeusz ciągnął dwie duże walizki. Z samochodu wysiadł jeszcze Jakub, chłopak może szesnastoletni, z telefonem przyklejonym do dłoni.

— Dobry wieczór — powiedział Patryk. — Tylko wiecie, chyba wyszło jakieś nieporozumienie. Mama nam nic wcześniej nie powiedziała.

Barbara zatrzymała się. Uśmiech nadal miała na twarzy, ale od razu zrobił się chłodniejszy.

— Jak to nic nie powiedziała? Przecież Ewa mówiła, że czekacie. Powiedziała: „Jedźcie śmiało do Patryka, miejsca mają od groma”.

Tadeusz westchnął ciężko i złapał się za plecy.

— Ja już po tej trasie nie czuję kręgosłupa. No i co mieliśmy zrobić? Było późno.

Ludzie stali przed domem z walizkami. Patryk wyglądał tak, jakby najchętniej zapadł się pod ziemię.

— Dobrze — powiedziałam w końcu. — Na jedną noc jakoś się pomieścimy.

Barbara natychmiast odzyskała humor.

— Wiedziałam, że się dogadamy.

Weszła do środka i już w przedpokoju rozejrzała się dookoła.

— A kapcie dla gości macie?

Nie odpowiedziałam od razu. Jakub tymczasem zdjął buty, rzucił je przy szafce i zapytał:

— Jakie jest hasło do Wi-Fi?

Tadeusz wnosił kolejne walizki: jedną, drugą, potem dużą torbę podróżną, jeszcze plecak i dwie reklamówki z jedzeniem. Patrzyłam na ten bagaż i zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zamierzają się do nas przeprowadzić.

Barbara tymczasem była już w kuchni.

— Gdzie macie garnki? — zapytała. — Tadeusz powinien coś ciepłego zjeść. Po drodze kupiliśmy parówki, to szybko ugotuję.

— Możemy wam podgrzać pizzę? — zaproponował Patryk.

Barbara skrzywiła się lekko.

— Nie, nie. Tadeusz po pizzy ma zgagę.

Otworzyła pierwszą szafkę, potem drugą. Stałam w drzwiach i czułam, jak resztki naszego spokojnego piątkowego wieczoru rozpływają się gdzieś między jej torbami a moimi kuchennymi szufladami.

Po jedzeniu przyszła pora na ustalenie, kto gdzie śpi. Barbara spojrzała w stronę schodów.

— Ewa mówiła, że macie pokój dziecka na górze. Jakub tam może spać.

Nie odpowiedziałam od razu. Barbara uniosła brwi.

— Dlaczego?

— Bo to pokój Mikołaja.

— Przecież go nie ma.

— Nie ma, ale to nadal jego pokój.

Przez chwilę patrzyła na mnie tak, jakby próbowała ustalić, czy żartuję.

— Jakub jest młody, niczego tam przecież nie popsuje.

Powiedziałam:

— Nie.

Zapadła niezręczna cisza. I wtedy odezwał się Patryk.

— Magda ma rację. Jakub może spać na kanapie w salonie. Pokój Mikołaja zostawiamy w spokoju.

Spojzałam na męża z wdzięcznością. Barbara zacisnęła usta, ale tym razem odpuściła.

Pół godziny później rozdawaliśmy pościel, ręczniki i poduszki. Tadeusz zajął gabinet, Jakub kanapę, a Barbara krążyła jeszcze po domu, pytając, gdzie jest dodatkowy koc i czy rano może zrobić kawę.

Kiedy wreszcie zamknęliśmy drzwi naszej sypialni, Patryk usiadł na brzegu łóżka.

— Rano pojadą — powiedział. — Obiecuję.

Kiwnęłam głową. Chciałam w to uwierzyć. Tylko że kiedy przechodziłam wcześniej przez przedpokój, jeszcze raz spojrzałam na ustawione pod ścianą walizki, torby i pakunki. Jak na jedną noc mieli podejrzanie dużo bagażu.

Część 3: Trzy dni, o których nikt nas nie pytał

W sobotę obudził mnie zapach smażonego boczku. Przez chwilę leżałam z zamkniętymi oczami, próbując zrozumieć, skąd właściwie dochodzi. Potem usłyszałam brzęk naczyń, przesuwane krzesło i czyjś głos z kuchni. Spojrzałam na zegarek. Było wpół do dziewiątej. W sobotę. W dzień, kiedy mogłam wreszcie pospać.

Narzuciłam szlafrok i zeszłam na dół. Barbara stała przy kuchence w swoim kolorowym szlafroku, który najwyraźniej również przyjechał z nią na tę jedną noc. Na patelni skwierczał boczek, obok leżała otwarta paczka jajek, a na stole stały pieczywo, wędlina i słoik kawy, który Patryk dostał niedawno od znajomego. Mój słoik kawy.

— Dzień dobry! — zawołała Barbara wesoło. — My już działamy. Nie chcieliśmy was budzić.

Spojzałam na blat, potem na otwartą lodówkę, potem znowu na Barbarę.

— Widzę.

— Zaraz będzie jajecznica. Tadeusz lubi konkretnie zjeść rano.

Wzięła kolejną kromkę chleba.

— Barbara, następnym razem po prostu zapytaj, zanim zaczniesz wyciągać rzeczy z lodówki.

Odwróciła się powoli.

— O co?

— O jedzenie.

Przez moment naprawdę wyglądała, jakby nie zrozumiała, o czym mówię.

— Magda, no przecież jesteśmy rodziną.

Powiedziała to z takim zdziwieniem, jakbym właśnie zażądała opłaty za korzystanie z krzesła.

— Wiem. Ale to nadal nasze rzeczy.

Barbara prychnęła lekko.

— Ewa mówiła, że u was lodówka zawsze pełna i że ty świetnie gotujesz. Mówiła: „Nie martwcie się, u nich zawsze coś jest”.

No oczywiście. Ewa znowu mówiła. Ewa obiecywała. Ewa rozdawała. Tylko że wszystko cudze.

Chwilę później do kuchni wszedł Patryk. Był jeszcze zaspany, ale kiedy zobaczył stół, od razu spojrzał na mnie. Nie musiałam nic mówić. Wiedział.

Za nim pojawił się Tadeusz.

— Ale pachnie — oznajmił i usiadł przy stole. — No Barbara, ty to wiesz, jak człowieka postawić na nogi.

Jakub przyszedł ostatni, usiadł z telefonem w ręce i nawet nie podniósł głowy, kiedy Barbara postawiła przed nim talerz. Ja nalałam sobie kawy — tej naszej, skoro już została otwarta.

Przez kilka minut wszyscy jedli w ciszy. Potem Tadeusz odsunął talerz i zatarł ręce.

— To my dzisiaj zrobimy sobie Wrocław.

Patryk uniósł wzrok.

— No?

— Najpierw rynek, potem może Ostrów Tumski. Barbara chce jeszcze pospacerować nad Odrą. Zobaczymy, ile damy radę, bo pogoda dobra.

Barbara skinęła głową.

— Trzeba korzystać.

— Jasne — powiedział Patryk.

— A wieczorem wrócimy — dodał Tadeusz. — Tylko dobrze by było, żebyście nam dali jakiś zapasowy klucz, żebyśmy wam nie dzwonili, jak wrócimy później.

Poczułam, że filiżanka zatrzymała mi się w połowie drogi do ust.

— Wrócicie?

Barbara spojrzała na mnie.

— No tak, dzisiaj wieczorem.

— A kiedy? — odłożyłam filiżankę. — Myślałam, że dzisiaj jedziecie dalej.

Barbara parsknęła śmiechem.

— Dzisiaj? Magda, no gdzie?

Patryk przestał jeść.

— Jak to gdzie? Mama mówiła, że nocujecie jedną noc.

— Ewa tak wam powiedziała?

Barbara spojrzała na Tadeusza, potem znowu na nas. I wtedy coś mi się bardzo nie spodobało.

— A wam co powiedziała? — zapytałam.

Barbara wzruszyła ramionami.

— Możemy zostać trzy dni.

W kuchni zrobiło się cicho. Naprawdę cicho. Nawet Jakub oderwał wzrok od telefonu. Patryk patrzył na Barbarę z otwartymi ustami.

— Trzy dni?

— No przecież do poniedziałku. Mama powiedziała, że możemy u was mieszkać do poniedziałku.

— Mieszkać?

Barbara skrzywiła się.

— Od razu mieszkać. Przenocować kilka nocy. Co za różnica.

— Dla mnie ogromna.

Barbara najwyraźniej tego nie widziała.

— Mieliśmy brać apartament — ciągnęła — ale Ewa powiedziała, żebyśmy nawet nie wygłupiali się z rezerwacją. Przecież dla trzech osób to spokojnie, około tysiąc złotych. Po co wyrzucać pieniądze, skoro rodzina ma taki dom?

Spojzałam na Patryka. Jego twarz powoli robiła się czerwona.

— Ona wam powiedziała, żebyście niczego nie rezerwowali?

— Oczywiście. Powiedziała, że macie pokoje, jedzenia pełno i że możemy czuć się swobodnie.

Prawie się roześmiałam. Nie dlatego, że było zabawnie. Tylko dlatego, że inaczej chyba zaczęłabym krzyczeć. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Ewa chciała zabłysnąć, pokazać, jak świetnie urządził się jej syn, jak duży ma dom, jak cudowną ma synową, jak u nich zawsze stół pełny. Tylko że za całe to rodzinne przedstawienie mieliśmy zapłacić my — naszym spokojem, naszym jedzeniem, naszym czasem i naszym domem.

Zamiast jednak powiedzieć to wszystko na głos, zrobiłam coś, czego Patryk się chyba nie spodziewał. Uspokoiłam się.

— Czyli do poniedziałku? — zapytałam.

Barbara uśmiechnęła się.

— No.

— Wszystkie trzy dni?

— Tak.

— I dzisiaj wieczorem normalnie wracacie tutaj?

— Oczywiście.

Patryk spojrzał na mnie bardzo uważnie. Znał mnie i chyba właśnie dlatego przestał wyglądać na zdenerwowanego, a zaczął wyglądać na zaniepokojonego.

— Magda — powiedział cicho.

Uśmiechnęłam się do Barbary.

— Dobrze.

Barbara wyraźnie się rozluźniła.

— No i widzisz, wiedziałam, że się dogadamy.

Skinęłam głową.

— Skoro trzy dni, to jakoś damy radę.

Patryk nic nie powiedział, tylko patrzył na mnie jeszcze przez chwilę. Zbyt dobrze znał ten ton.

Część 4: Remont, który pojawił się w samą porę

Po śniadaniu Barbara od razu zaczęła się szykować do wyjścia. Krążyła między kuchnią a przedpokojem, szukając szalika, okularów przeciwsłonecznych i jakiejś małej torebki, którą podobno zostawiła w samochodzie. Tadeusz sprawdzał pogodę w telefonie, a Jakub stał przy drzwiach już w kurtce, wyraźnie gotowy ruszyć jak najdalej od dorosłych rozmów. Patryk zbierał ze stołu kubki, ja spokojnie wkładałam naczynia do zmywarki.

— Tylko muszę was uprzedzić — powiedziałam, jakby chodziło o coś zupełnie nieważnego. — Dzisiaj zaczynamy remont.

Barbara nawet się nie odwróciła.

— Dobrze.

Minęły może trzy sekundy. Nagle znieruchomiała.

— Jaki remont?

Patryk spojrzał na mnie. Ja spojrzałam na niego. Widziałam dokładnie ten moment, kiedy przypomniał sobie naszą rozmowę sprzed kilku tygodni. Od dawna mieliśmy problem z instalacją wodną przy łazience na dole. Nic dramatycznego, ale hydraulik już dwa razy mówił Patrykowi, że lepiej zrobić to wcześniej niż później. Trzeba było dostać się do rur, rozkuć kawałek ściany i wymienić stare połączenie. Ciągle to odkładaliśmy: bo praca, bo Mikołaj, bo szkoda weekendu, bo może za miesiąc. Ale poprzedniego wieczoru, kiedy Barbara i reszta wreszcie poszli spać, napisałam do hydraulika, którego polecił nam sąsiad. Akurat miał wolne okienko. Czasami życie samo podsuwa człowiekowi rozwiązania.

— Ten przy łazience — odpowiedział Patryk, zanim zdążyłam cokolwiek dodać. — Z rurami.

Spojzałam na niego z uznaniem. Załapał.

— Jakimi rurami? — Barbara zmarszczyła czoło.

— Instalacja jest stara w jednym miejscu — wyjaśniłam. — Trzeba wymienić kawałek, sprawdzić połączenie i otworzyć fragment ściany.

— Ale dzisiaj? Dzisiaj w sobotę?

— Fachowcy też pracują w soboty.

Barbara popatrzyła na mnie podejrzliwie.

— I wy tak nagle?

Wzruszyłam ramionami.

— Wcale nie nagle. Odkładamy to od kilku miesięcy.

Patryk odstawił ostatni kubek i ruszył w stronę schowka. Po chwili wrócił z rolką folii ochronnej. Musiałam przyznać, że grał świetnie.

— To trzeba będzie przykryć szafkę w korytarzu — powiedział całkiem poważnie. — I chyba wynieść rzeczy spod umywalki.

— Tak — odpowiedziałam. — Ręczniki też lepiej zabrać.

Barbara patrzyła na nas, ale jeszcze się nie martwiła.

— No dobrze, remont jak remont. No i tak cały dzień będziemy w mieście.

— Pewnie.

Rozwinęłam folię na podłodze.

— Tylko woda będzie okresowo zakręcona.

Barbara przestała poprawiać włosy.

— Cała? Na dole?

— Na pewno. Możliwe, że na jakiś czas w całym domu.

Tadeusz podniósł głowę znad telefonu.

— To jak z łazienką?

— Zależy, co znajdą. Przez kilka godzin prysznic raczej odpada.

— Kilka godzin? — powtórzyła Barbara.

— Może dłużej.

Patryk wszedł do łazienki i zaczął wyciągać z szafki środki czystości.

— I będzie trochę hałasu — dodał.

Barbara spojrzała na niego.

— Jakiego hałasu?

— No będą kuć.

— Co kuć?

— Ścianę.

— Ścianę?

— Tylko kawałek — uspokoiłam ją. — Potem może trochę płytek przy podłodze.

Tadeusz westchnął.

— Pył będzie?

— Pewnie trochę. Jak dużo, trudno powiedzieć.

Jakub, który do tej pory kompletnie nie interesował się rozmową, nagle uniósł głowę.

— A internet będzie?

Patryk nawet nie mrugnął.

— Może być różnie.

Jakub zrobił krok w jego stronę.

— Jak to różnie?

— Router stoi niedaleko tej ściany. Jak będą potrzebowali dostępu do gniazdek, trzeba będzie go odłączyć.

— Na ile?

Patryk zastanowił się teatralnie.

— Godzinę, dwie… może pół dnia.

Jakub patrzył na niego tak, jakby właśnie usłyszał, że mamy zamiar odciąć dom od prądu na miesiąc.

— Serio?

— Serio.

Barbara powoli zdjęła z szyi apaszkę, którą dopiero co założyła.

— Magda, a nie można było tego zrobić w przyszłym tygodniu?

— Można było.

— No to może przełóżcie.

Uśmiechnęłam się.

— Baśka, fachowca teraz czeka się tygodniami. Jak już znalazł dla nas termin, to szkoda odwoływać.

Tadeusz usiadł na krześle.

— A ile taki remont potrwa?

Przez chwilę udawałam, że się zastanawiam. Potem odpowiedziałam spokojnie:

— Jak dobrze pójdzie… jakieś trzy dni.

Zapadła cisza.

Dokładnie trzy dni. Tyle samo, ile mieli zamiar u nas zostać.

Barbara spojrzała najpierw na mnie, potem na Patryka, potem znowu na mnie.

— Trzy?

— Mniej więcej.

I właśnie wtedy zadzwonił dzwonek przy furtce. Patryk wyjrzał przez okno.

— Są.

Przed domem stał niewielki biały bus. Po chwili do środka wszedł hydraulik z dużą torbą narzędziową, a za nim drugi mężczyzna niosący skrzynkę i wiertarkę.

— Dzień dobry — powiedział pierwszy. — To gdzie mamy ten problem z instalacją?

— Tutaj — odpowiedziałam z uśmiechem i wskazałam mu łazienkę.

Barbara patrzyła na nich jak zahipnotyzowana. Mężczyźni rozłożyli folię, zaczęli przesuwać rzeczy i omawiać, od którego miejsca najlepiej zacząć. Minutę później rozległ się pierwszy dźwięk wiertarki. Jakub skrzywił się i zasłonił uszy. Tadeusz pokręcił głową. Barbara stała w przedpokoju z torebką w dłoni i wyglądała już znacznie mniej entuzjastycznie niż jeszcze kwadrans wcześniej.

Podeszłam do niej.

— Ale oczywiście możecie zostać — powiedziałam bardzo uprzejmie. — Nie ma żadnego problemu.

Wiertarka zawyła po raz drugi. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.

— Tylko warunki będą trochę remontowe.

Część 5: Konsekwencje cudzej hojności

Po pierwszych dziesięciu minutach remont przestał wyglądać Barbarze na drobną niedogodność. Hydraulik zakręcił wodę. Jego pomocnik wyniósł z łazienki szafkę, a w korytarzu pojawiły się kartony, wiadra i skrzynki z narzędziami. Na podłodze leżała folia, która szeleściła przy każdym kroku.

Jakub siedział na kanapie z telefonem w ręku i co chwilę wzdychał.

— Internet znowu nie działa.

— Mówiłem, że router trzeba było odłączyć — odpowiedział Patryk.

— Ale na jak długo?

— Nie wiem.

Jakub jęknął tak ciężko, jakby właśnie odcięto mu dostęp do świata. Tadeusz tymczasem stanął w drzwiach łazienki i zajrzał do środka.

— A prysznic?

Hydraulik odwrócił się do niego.

— Na razie nie.

— To znaczy…?

— To znaczy, że nie.

Tadeusz spojrzał na Barbarę. Barbara spojrzała na mnie.

— Magda, ale przecież oni chyba nie będą tak cały dzień.

— Możliwe, że będą.

— A jutro?

Wzruszyłam ramionami.

— Zobaczymy, co wyjdzie po rozebraniu.

W tym momencie pomocnik włączył wiertarkę. Barbara aż drgnęła.

— Boże, ale hałas.

— No, remont — powiedziałam spokojnie.

Przez następne pół godziny próbowali jeszcze zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Tadeusz chodził od okna do okna. Jakub próbował złapać internet z telefonu. Barbara kilka razy zaglądała do łazienki, jakby liczyła na to, że rury same się naprawią. W końcu podeszła do mnie do kuchni.

— Magda, słuchaj…

— Słucham.

— A może jednak dałoby się to przełożyć na poniedziałek?

Udawałam, że nie rozumiem.

— Co?

— No ten remont.

— Teraz już za późno. Przyjechali, rozłożyli sprzęt i zaczęli robotę.

— Ale chociaż dzisiaj niech zrobią mniej.

— Mniej czego?

Barbara wskazała ręką stronę korytarza.

— Tego wszystkiego. Wiercenia, kucia. Przecież można zrobić przerwę.

Jakby na zamówienie z łazienki rozległ się kolejny huk. Barbara zamknęła oczy.

— No właśnie.

Patryk odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.

— Fachowcy są rozliczani za robotę — powiedział. — Im szybciej skończą, tym lepiej.

Barbara już nic nie odpowiedziała. Pięć minut później usiadła z telefonem przy stole.

— Dobra, zobaczę jakieś apartamenty.

Tadeusz natychmiast się przysunął.

— Tylko nie w centrum, tam nas obedrą ze skóry.

Przez chwilę oboje przewijali oferty.

— Trzysta osiemdziesiąt za noc — powiedziała Barbara.

— Za pokój?

— Za apartament.

— Ile?

— Trzysta osiemdziesiąt.

Tadeusz aż gwizdnął. Barbara otworzyła następną ofertę.

— Ten trzysta trzydzieści… ale daleko.

— Jak daleko?

— Prawie pół godziny autem.

— To po co nam taki?

Kolejna oferta.

— Czterysta dwadzieścia. Odpada.

— Tutaj trzysta pięćdziesiąt. Też dużo.

Jakub podniósł wzrok.

— A hotel?

Barbara spojrzała na niego.

— Hotel wyjdzie jeszcze drożej.

Tadeusz zaczął liczyć w pamięci.

— Jak zostaniemy dwie noce, to już siedemset, osiemset złotych. Do tego parking, jedzenie…

— No właśnie — zirytowała się Barbara. — A trzy noce to prawie tysiąc albo więcej.

Spojzała na mnie, jakbym to ja ustalała ceny noclegów we Wrocławiu.

— Dlatego przecież jechaliśmy do rodziny.

Nie odpowiedziałam. Patryk natomiast odstawił kubek.

— Przecież możecie pojechać do mamy.

Zapadła cisza. Barbara uniosła głowę.

— Do Ewy?

— No tak. Ona jest w domu.

— Jest.

Tadeusz od razu się ożywił.

— Przecież ona mieszka we Wrocławiu.

— Dokładnie.

Barbara popatrzyła na męża, potem na Patryka i nagle jej twarz się rozjaśniła.

— No przecież.

Wybrała numer. Ewa odebrała po kilku sygnałach.

— Halo, Ewa, słuchaj, mamy mały problem.

— Jaki problem?

Barbara zaczęła opowiadać o remoncie, o wodzie, o kurzu, o wierceniu, o tym, że właściwie nie da się normalnie funkcjonować. Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

— No rzeczywiście niedobrze — powiedziała Ewa ostrożnie.

— To przyjedziemy do ciebie.

Tym razem cisza była dużo dłuższa. Patryk spojrzał na mnie. Ja na niego.

— Do mnie? — zapytała w końcu Ewa.

— No tak, na dwie noce.

— Baśka, ale ja mam małe mieszkanie.

Barbara zmarszczyła czoło.

— No przecież nie takie małe. Dwa pokoje nam wystarczy.

— Ale ja się nie przygotowałam.

— My też się nie przygotowaliśmy na remont.

Patryk spuścił głowę. Widziałam, że walczy ze śmiechem. Ewa zaczęła mówić szybciej.

— Nie mam świeżej pościeli.

— To się zmieni.

— Lodówka prawie pusta.

— Kupimy coś po drodze.

— Kanapa jest niewygodna.

Tadeusz nachylił się do telefonu.

— Ja mogę spać na kanapie, byle była łazienka.

Ewa umilkła. Barbara westchnęła.

— Ewo, przecież sama mówiłaś, że rodzinie trzeba pomagać.

To zdanie zawisło w powietrzu jak idealnie wymierzona odpowiedź. Patryk już nie wytrzymał.

— Mamo, przecież to ty ich zaprosiłaś.

— Ja ich zaprosiłam do was — odpowiedziała Ewa szybko.

— Właśnie, mamo. U nas jest remont. U ciebie…?

Znów cisza. Barbara najwyraźniej uznała sprawę za załatwioną.

— Spokojnie. My nie jesteśmy wymagający.

Spojzałam na Patryka. Patryk spojrzał na mnie. Oboje pomyśleliśmy dokładnie to samo.

Pół godziny później przedpokój znowu wyglądał jak przechowalnia bagażu. Walizki, torby, plecaki, reklamówki. Tadeusz sprawdzał, czy niczego nie zostawił w gabinecie. Jakub pakował ładowarkę. Barbara zapinała kurtkę i wydawała polecenia. Tyle że tym razem cały ten dobytek nie miał zostać u nas. Jechał do Ewy.

Kiedy samochód Barbary zniknął za rogiem, przez chwilę staliśmy z Patrykiem przy furtce w zupełnej ciszy. Z domu dobiegało stukanie narzędzi. Gdzieś w łazience hydraulik coś mierzył, a jego pomocnik przesuwał wiadro po podłodze.

Patryk pierwszy się odezwał.

— Oni naprawdę pojechali do mamy.

— Wygląda na to, że tak.

Spojrzeliśmy na siebie i nagle oboje zaczęliśmy się śmiać. Nie jakoś głośno czy złośliwie. Bardziej z ulgi. Jeszcze rano byliśmy przekonani, że przez cały weekend będziemy chodzić po własnym domu na palcach, omijać cudze walizki i zastanawiać się, co tym razem zniknie z lodówki. A teraz w przedpokoju zostały tylko nasze buty, nasze kurtki, nasza cisza.

No, prawie cisza. W tej samej chwili wiertarka zawyła tak, że aż szyba w drzwiach lekko zadrżała. Patryk pokiwał głową.

— Romantyczny weekend. Uratowany.

— Zdecydowanie. Wino, pizza i młot udarowy.

— Nie można mieć wszystkiego.

Hydraulik wyszedł z łazienki.

— Panie Patryku, będzie trochę więcej roboty niż myśleliśmy. To połączenie rzeczywiście było już kiepskie.

Spojzałam na męża.

— Czyli jednak dobrze, że zaczęliśmy.

— Bardzo dobrze — odpowiedział i uśmiechnął się pod nosem.

I właśnie to było w całej sytuacji najlepsze. Remont nie był żadnym przedstawieniem. Naprawdę trzeba było go zrobić. Po prostu jeszcze dzień wcześniej pewnie znowu powiedzielibyśmy sobie „za tydzień”. A tak, dzięki Barbarze, Tadeuszowi i całej tej rodzinnej inwazji, nagle znaleźliśmy motywację.

Około dwóch godzin później zadzwonił telefon Patryka. Spojrzał na ekran.

— Mama. Szybko.

Odebrał.

— Cześć, mamo.

Głos Ewy był znacznie mniej pewny siebie niż poprzedniego wieczoru.

— Patryk, słuchaj…

— Słucham.

— Ten remont naprawdę jest taki poważny?

Patryk spojrzał na łazienkę, gdzie właśnie rozlegało się kolejne wiercenie.

— Dość poważny. Ale może jutro już będzie spokojniej.

Zaczynało robić się ciekawie.

— A dlaczego pytasz?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Bo tutaj jest trochę ciasno.

Musiałam odwrócić głowę. Patryk zacisnął usta.

— Przecież wiedziałaś, że masz dwa pokoje.

— Wiedziałam, ale nie sądziłam, że oni mają tyle rzeczy.

Ach. Czyli walizki dotarły.

— Barbara rozłożyła wszystko w salonie — ciągnęła Ewa. — Tadeusz mówi, że potrzebuje dodatkowej poduszki, bo inaczej boli go kark. Jakub od pół godziny pyta o hasło do internetu.

Z kuchni dobiegł jakiś głos. Chwilę później Ewa odezwała się ciszej:

— I Barbara właśnie pyta, co będzie na obiad.

Patryk zamknął oczy.

— Mamo…

— No co? Przecież to rodzina.

Spojzałam na niego i musiałam przygryźć wargę.

— Wiem, że rodzina — syknęła Ewa. — Ale ja nie mam ugotowane dla tylu osób.

— To ona cztery.

— Wiesz, o co mi chodzi.

W tle usłyszeliśmy Barbarę.

— Ewo, masz może większy garnek?

Patryk już prawie nie panował nad twarzą.

— Mamo, przecież sama mówiłaś, że rodzinie trzeba pomagać.

Ewa milczała. To było dokładnie to zdanie, którym jeszcze dzień wcześniej próbowała zamknąć nam usta. Teraz wróciło do niej w idealnym momencie.

— Bardzo śmieszne — powiedziała w końcu.

— Ja się nie śmieję.

Ja się śmiałam. Tylko bezgłośnie.

Ewa westchnęła.

— A może jutro, jak trochę ogarniecie, wrócą do was na ostatnią noc?

Patryk nawet się nie zawahał.

— Nie.

— Patryk…

— Mamo, u nas dalej będzie remont.

— Ale przecież mają gdzie spać.

— U ciebie też mają.

Kolejna cisza. Potem głos Barbary znowu pojawił się w tle.

— Ewo, a ręczniki gdzie trzymasz?

Patryk spojrzał na mnie. Ja już miałam łzy w oczach ze śmiechu.

— Muszę kończyć — powiedziała Ewa.

— Jasne. Miłego weekendu.

Rozłączył się. Przez kilka sekund staliśmy w kuchni bez słowa.

— Miłego weekendu — powtórzyłam.

— Chciałem być uprzejmy.

Wieczorem Ewa zadzwoniła jeszcze raz. Tym razem nie prosiła już o nic. Poinformowała tylko, że Barbara zrobiła kolację z tego, co znalazła. Tadeusz zajął najlepszy fotel, bo podobno tylko w nim nie boli go kręgosłup, a Jakub od rana zużył prawie cały internet w telefonie, bo Wi-Fi w sypialni było za słabe.

Słuchałam i miałam przed oczami naszą kuchnię poprzedniego ranka. Otwarty słoik kawy, wyciągnięte jedzenie, Barbara mówiąca: „Przecież jesteśmy rodziną”. Nie czułam satysfakcji dlatego, że Ewa miała ciężki weekend. Bardziej dlatego, że po raz pierwszy sama zobaczyła, jak łatwo rozdaje się cudzy czas, cudzą przestrzeń i cudzy spokój.

Barbara z rodziną została u niej do poniedziałku. My przez ten czas naprawdę skończyliśmy najgorszą część remontu. Kiedy kilka dni później Ewa zadzwoniła, żeby zapytać, czy może wpaść po południu, zauważyłam coś nowego. Nie oznajmiła, że przyjedzie. Zapytała.

— Magda… będziecie w domu? Mogę przyjechać na kawę?

Uśmiechnęłam się.

— Jasne, przyjedź.

Od tamtej pory już nigdy nie usłyszeliśmy, że ktoś właśnie skręca w naszą ulicę. Ewa najpierw dzwoniła, potem pytała, a dopiero później cokolwiek ustalała. I chyba wtedy zrozumiałam coś ważnego.

Granice nie zawsze trzeba stawiać krzykiem. Czasem wystarczy pozwolić komuś przez chwilę ponieść konsekwencje własnej hojności — zwłaszcza jeśli ta hojność wcześniej była rozdawana za cudzy rachunek.

A nasz remont naprawdę się przydał. Po trzech dniach mieliśmy nowe rury, spokojny dom i jedną zupełnie nową rodzinną zasadę.

Bez zaproszenia nikt już do nas nie przyjeżdżał.