Pani Danuto, spójrzmy prawdzie w oczy. Powiedziała Renata, odsuwając od siebie talerzyk z kremówką. Po co jednej osobie takie ogromne mieszkanie? Cztery pokoje, dwa przedpokoje, wielka kuchnia.

Samo sprzątanie i ogrzewanie to strata zdrowia. Siedziała przy dębowym stole wyprostowana jak struna, w jasnym kostiumie, z paznokciami pomalowanymi na mleczny róż. Obok niej Łukasz, trzydziestoośmioletni kierownik działu zakupów, skrobał widelczykiem resztki kremu i ani razu nie podniósł wzroku. Mamo, Renata chce tylko powiedzieć, że…
no, może rzeczywiście jest ci tu trochę za dużo. Mruknął. Danuta popatrzyła na niego uważnie. Za dużo.
Czterdzieści lat temu nie było tu niczego za dużo. W tym mieszkaniu wróciła ze szpitala z małym Łukaszem w białym kocyku. Tutaj stawiał pierwsze kroki między kredensem a kanapą, odrabiał lekcje, trzaskał drzwiami jako nastolatek i pierwszy raz przyprowadził Renatę na niedzielny obiad. W gabinecie wciąż stały książki jej męża, który nie żył od pięciu lat.
Czasem miała wrażenie, że zaraz usłyszy jego kaszel albo szuranie kapci po parkiecie. My z Łukaszem naprawdę nie mamy już gdzie trzymać rzeczy. Ciągnęła Renata. W naszym mieszkaniu wszystko stoi jedno na drugim.
A jak kiedyś pojawi się dziecko, to nie wiem, gdzie postawimy łóżeczko. Danuta uniosła brwi. O dziecku Renata wspominała zawsze wtedy, gdy chciała wzbudzić poczucie winy. Od siedmiu lat nie planowali dzieci, bo najpierw miała być kariera, potem większe mieszkanie, potem lepszy samochód.
Trzeba rozsądnie wykorzystać ten metraż. Powiedziała Danuta spokojnie. Tak zwyczajnie, praktycznie. Danuta znała znaczenie tego zdania.
Sprzedać mieszkanie za milion dwieście tysięcy, kupić jej małą kawalerkę na obrzeżach za czterysta pięćdziesiąt, a resztę przekazać młodym. Jej życie najwyraźniej nie wymagało już poprawy. Wystarczyłby pokój z aneksem kuchennym i przystanek pod blokiem. Pomyśl tylko, pani Danuto.
Renata przybrała łagodniejszy ton. Mniej sprzątania, niższy czynsz, wszystko pod ręką. Przecież robimy to z troski o panią. Danuta otarła usta lnianą serwetką.
Pomyślę, Reniu. Niedzielny obiad skończył się chwilę po piątej. Kiedy Renata zakładała płaszcz w przedpokoju, rzuciła szybkie spojrzenie w stronę lustra. Następnym razem możemy przywieźć katalogi mieszkań.
Tylko do obejrzenia. Danuta poszła do kuchni. Na kuchence stała patelnia z mielonymi, zostały cztery. Wyjęła plastikowe pudełko, bo wiedziała, że Łukasz w poniedziałek zje w pracy byle kanapkę.
Układała kotlety, gdy z przedpokoju dobiegł cichy, urywany głos Renaty. No Beata, właśnie wychodzimy… Na razie twardo się trzyma. Ale spokojnie, woda kamień drąży.
Trzeba jej tylko powtarzać, że to dla jej dobra. Danuta zamarła. Bezszelestnie podeszła do uchylonych drzwi. Przecież to mieszkanie jest warte co najmniej milion dwieście.
Renata zaśmiała się cicho. Za kawalerkę dla niej damy najwyżej czterysta pięćdziesiąt. Resztą spłacimy sporą część kredytu i wreszcie kupimy coś większego. No pewnie, że zostanie, jeszcze samochód się zmieści.
Widziałam ostatnio taki biały SUV. Boże, cudo. Danuta poczuła, jak zimno rozchodzi jej się po karku. Tylko trzeba emerytkę trochę docisnąć.
Dodała Renata. Delikatnie, żeby jeszcze myślała, że sama na to wpadła. Danuta cofnęła się w głąb korytarza, ostrożnie, żeby parkiet nie skrzypnął. Spojrzała na swoje dłonie.
Tymi rękami projektowała cudze wnętrza, nosiła chorego męża i piekła Łukaszowi torty na urodziny. Teraz była emerytką, którą trzeba docisnąć. Drzwi wejściowe zamknęły się z cichym trzaskiem. Danuta została sama.
Przez kilka minut stała w kuchni i patrzyła na plastikowe pudełko z mielonymi. Potem zamknęła je, wsunęła do lodówki i zgasiła światło. Przed siódmą zebrała śmieci i zeszła na podwórze. Przy skrzynkach pocztowych stał Jerzy, wdowiec z piętra niżej, emerytowany nauczyciel fizyki.
Tego wieczoru miał na sobie sztruksowe spodnie i stary granatowy kardigan. Dobry wieczór, pani Danuto. Powiedział, unosząc ulotkę z pizzy. Prowadzę właśnie poważne badanie nad współczesnym żywieniem człowieka samotnego.
Zastanawiam się, czy to jeszcze kolacja, czy już wołanie o pomoc. Danuta spojrzała na kolorowe zdjęcie tłustego placka. Raczej zamach na żołądek. Też tak podejrzewałem.
Ale gotowanie dla jednej osoby jest całkowicie pozbawione sensu. Coś się stało? Przyjrzał jej się uważniej. Danuta chciała odpowiedzieć, że nic.
Tak robiła od lat. Tym razem jednak słowa nie przeszły jej przez gardło. Mam w domu eklerki. Powiedziała.
I herbatę. Jeśli nie boi się pan zamachu na żołądek, zapraszam. Pół godziny później siedzieli w kuchni przy stole. Jerzy jadł drugie ciastko i słuchał bez przerywania.
Danuta opowiedziała mu o obiedzie, o milionie dwustu tysiącach, o kawalerce na obrzeżach i białym samochodzie. Kiedy powtórzyła słowa o dociskaniu emerytki, Jerzy odłożył widelczyk. Przykre. Powiedział cicho.
Danuta parsknęła. Czuję się jak stary mebel, który trzeba wynieść, bo zajmuje za dużo miejsca. Jest pani raczej częścią wyposażenia zabytkowego. Cenną i nie do ruszenia.
Spojrzała na niego, a potem nagle przyszła jej do głowy myśl. Szalona, bezczelna i zupełnie niepodobna do niej. Panie Jerzy. A gdyby tak ich przestraszyć?
Uniósł brwi. W jaki sposób? Gdyby uwierzyli, że kogoś poznałam, że się zakochałam, że mogę zapisać mieszkanie obcemu mężczyźnie albo sprzedać je i zacząć z nim nowe życie. Jerzy patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, po czym powoli się uśmiechnął.
Czyli potrzebuje pani narzeczonego. Tylko na pokaz. Kilka spotkań, trochę czułości, wspólne plany. Renata musi poczuć, że jeśli będzie dalej naciskać, może stracić wszystko.
Pani Danuto, przez trzydzieści pięć lat tłumaczyłem nastolatkom zasady dynamiki. Myślę, że z rolą zakochanego emeryta też sobie poradzę. We wtorek Danuta poszła do fryzjera. Tym razem nie poprosiła tylko o podcięcie końcówek.
Krócej i proszę coś zrobić z tym kolorem. Dwie godziny później wyszła z salonu z lekką fryzurą i włosami rozjaśnionymi o kilka tonów. Po drodze kupiła perfumy, które wcześniej wydawały jej się zbyt drogie. Pachniały bergamotką, drewnem i czymś odważnym.
Jerzy też potraktował sprawę poważnie. Przyniósł stare płyty, elegancki sweter i stos turystycznych broszur. Musimy mieć wiarygodne rekwizyty. Wyjaśnił.
Sam uśmiech nie wystarczy. W piątek wieczorem Łukasz przyjechał po pojemnik z mielonymi. Miał własny klucz, więc nie dzwonił. Otworzył drzwi i już w przedpokoju usłyszał męski śmiech.
Z salonu płynęła cicha muzyka. Danuta siedziała na kanapie w granatowej sukience z jedwabną apaszką na szyi. Włosy miała krótsze, jaśniejsze, a oczy błyszczały tak, jak nie błyszczały od lat. Naprzeciwko w fotelu jej zmarłego męża siedział Jerzy w jasnym swetrze.
Na stoliku stały dwa kieliszki i otwarta broszura z napisem „Wczasy dla dwojga”. Łukasz. Danuta uśmiechnęła się szeroko. Poznaj Jerzego.
Chociaż ja mówię do niego Jurek. Jerzy lekko uniósł kieliszek. Dobry wieczór. Mamo, wszystko w porządku?
W najlepszym. Właśnie wróciliśmy ze spaceru po Piotrkowskiej. Jurek uważa, że człowiek nie powinien odkładać życia na później. Łukasz chwycił pojemnik z lodówki i wrócił do przedpokoju szybciej, niż wszedł.
To ja już będę leciał. Pozdrów Renatę! Drzwi zamknęły się za nim z hukiem. Na schodach po raz pierwszy dotarło do niego, że w życiu jego matki pojawił się mężczyzna, o którym nic nie wiedział i którego nie potrafił kontrolować.
Następnego ranka telefon Danuty zadzwonił jeszcze przed dziewiątą. Raz, potem drugi i trzeci. Na ekranie pojawiało się imię Renaty, ale Danuta nawet nie wyciągnęła ręki. Stała przy oknie i podlewała fikusa.
Królowa już ruszyła do ataku. Zauważył Jerzy, ustawiając figury na szachownicy. Trzy telefony przed śniadaniem to nie przypadek. Niech się trochę pomartwi.
A jeśli przyjedzie bez zapowiedzi, tym lepiej. Nie będziemy musieli długo czekać na premierę. Jeszcze tydzień wcześniej cała sytuacja wydawała jej się absurdalna. Teraz łapała się na tym, że naprawdę dobrze się bawi.
Przy Jerzym mieszkanie przestało być tak nieznośnie ciche. Początkowo spotykali się wyłącznie po to, żeby ćwiczyć. Ustalali, co powiedzieć Łukaszowi, jak patrzeć na siebie przy dzieciach, jakie wspólne plany wymyślić. Jerzy proponował coraz bardziej teatralne wersje, a Danuta śmiała się tak głośno, że sama siebie nie poznawała.
Potem granice zaczęły się rozmywać. Danuta kupiła twaróg, bo Jerzy wspomniał, że lubi go z rzodkiewką i szczypiorkiem. Jerzy naprawił zacinający się zamek w drzwiach. Przyniósł swoją kolekcję płyt, stare nagrania Anny German i Czesława Niemena.
Wieczorami siadali w salonie, słuchali muzyki i pili herbatę z cienkich filiżanek, których Danuta od lat nie wyjmowała z kredensu. Pewnego dnia pomogli sobie przesunąć ciężki regał w gabinecie. Oboje sapali, śmiali się i kłócili, czy najpierw trzeba zdjąć książki. Mówiłem, że bez książek będzie lżej.
A ja mówiłam, że pan przecenia swoje możliwości. Proszę pani, kiedyś sam wnosiłem pralkę na czwarte piętro. Kiedyś to pan miał trzydzieści lat. Okrutna kobieta.
Rozmawiali o wszystkim. O książkach, które ich rozczarowały, o pierwszych wakacjach nad morzem, o tym, jak Jerzy uciekł kiedyś z lekcji, choć był wtedy nauczycielem, bo nie mógł znieść szkolnej akademii. Danuta zauważyła, że czeka na dźwięk domofonu nie na kolejną próbę, tylko na niego. Z mężem rozmawiała głównie o rachunkach, zakupach i remoncie łazienki.
Był dobrym człowiekiem, ale praktycznym. Nie lubił gadać po próżnicy. Z Jerzym rozmawiała o życiu. Kilka dni później, w środę po południu, zadzwonił domofon.
To oni. Powiedział Jerzy. Renata weszła pierwsza, w jasnym płaszczu, z pudełkiem od modnej cukierni. Łukasz szedł za nią z miną człowieka, który wolałby znaleźć się gdziekolwiek indziej.
Już w przedpokoju Renata zauważyła męskie buty, czarne, wypastowane, ustawione równo przy ścianie. O, macie gościa? Jurek jest u mnie prawie codziennie. Odparła Danuta.
Chodźcie do salonu. Jerzy siedział na kanapie z gazetą. Kiedy weszli, złożył ją spokojnie i wstał. Dzień dobry.
Miło państwa widzieć. Jerzy bez pytania poszedł do kuchni i wrócił z tacą. Łukasz, mógłbyś wyjąć talerzyki z górnej szafki, te z niebieskim brzegiem? Łukasz spojrzał na matkę.
On wie, gdzie są talerze? Jurek ma dobrą pamięć. Powiedziała Danuta. Jerzy nalał herbaty, przesunął filiżankę w stronę Danuty i poprawił poduszkę za jej plecami.
Tak lepiej? Dziękuję. Renata usiadła na samym brzegu fotela i nie tknęła przyniesionych ciastek. Pani Danuto, bardzo się cieszę, że pani dobrze się bawi, naprawdę, ale my z Łukaszem trochę się martwimy.
Czym? Renata zerknęła na Jerzego. Samotne kobiety w pewnym wieku bywają zbyt ufne, a niektórzy ludzie potrafią wykorzystać czyjąś potrzebę bliskości dla pieniędzy albo mieszkania. Danuta odstawiła filiżankę.
Masz rację, Reniu. Samotność jest niebezpieczna. Dlatego postanowiliśmy z Jurkiem rozwiązać ten problem raz na zawsze. Łukasz przestał żuć.
Co to znaczy? Danuta położyła dłoń na ręce Jerzego. Zamierzamy wziąć ślub. Przez moment nikt się nie poruszył.
Jerzy lekko ścisnął jej palce. Miał to być zwykły gest, element przedstawienia, ale Danuta poczuła ciepło jego dłoni i nagle zabrakło jej tchu. Chcecie się pobrać? Wyszeptał Łukasz.
Tak. Odpowiedział Jerzy spokojnie. Uznaliśmy, że nie ma sensu odkładać życia na później. Renata patrzyła na ich splecione ręce.
W jej oczach pojawił się niepokój. Nie chodziło już tylko o nowego mężczyznę w życiu Danuty. Chodziło o to, że po ślubie ten mężczyzna mógł stać się częścią rodziny, a wraz z nią częścią wszystkiego, co Danuta posiadała. To dość nagła decyzja.
Powiedziała w końcu. Przecież znacie się właściwie od niedawna. Czasem człowiek zna kogoś latami i nadal nic o nim nie wie. Odparła Danuta.
A czasem kilka tygodni wystarczy, żeby poczuć się przy kimś bezpiecznie. Mamo, ale ślub to nie jest wycieczka na weekend. Łukasz nerwowo poprawił się na krześle. Wiem, synku.
Dlatego wszystko dobrze przemyśleliśmy. Danuta sięgnęła po katalog nieruchomości, otworzyła go na stronie zaznaczonej jedwabną zakładką i przesunęła w stronę dzieci. Zresztą chcieliśmy porozmawiać z wami jeszcze o jednej sprawie. Na zdjęciu widniał jasny dom szeregowy z niewielkim ogrodem, dużymi oknami i drewnianym tarasem.
Pod spodem napisano: „Spokojne osiedle pod Zgierzem, blisko lasu, z dala od miejskiego zgiełku”. Co to jest? Zapytał Łukasz. Nasz przyszły dom.
Odpowiedziała Danuta. Chcemy sprzedać mieszkanie i przenieść się pod Zgierz. Renata gwałtownie wciągnęła powietrze. Sprzedać?
Sama mówiłaś, że ten metraż jest dla mnie za duży. I miałaś rację. Tyle sprzątania, wysokie opłaty, hałas od ulicy. A tam cisza, ogród, las niedaleko.
Dwojgu starszym ludziom będzie wygodniej. Jerzy pochylił się nad katalogiem. Dom kosztuje około dziewięćset pięćdziesiąt tysięcy. A trzeba będzie jeszcze zrobić remont, mniej więcej dwieście pięćdziesiąt.
Kuchnia, łazienki, podłogi, może wymiana ogrzewania. Łukasz spojrzał na matkę z niedowierzaniem. Czyli chcecie wydać praktycznie wszystko ze sprzedaży mieszkania? Pieniądze są po to, żeby z nich korzystać.
Odpowiedziała Danuta. A co wtedy będzie z nami? Pytanie padło szybciej, niż Renata zdążyła je zatrzymać. Danuta patrzyła na nią spokojnie, prawie łagodnie.
Z wami? Renata zorientowała się, co powiedziała. Chodzi mi o rodzinę, o wspomnienia. Łukasz się tutaj wychował.
Jeszcze niedawno mówiłaś, że jest dla mnie za duże i niepraktyczne. Tak, ale nie miałam na myśli sprzedaży wszystkiego i wydania pieniędzy na jakiś dom pod miastem. Jerzy zdjął okulary i przetarł szkła chusteczką. Dom będzie nasz wspólny.
Po połowie. Nie chciałbym mieszkać u Danusi jak lokator. Wspólne życie wymaga zaufania. Renata zbladła.
Danuta niemal widziała, jak synowa liczy. Dziewięćset pięćdziesiąt za dom, dwieście pięćdziesiąt za remont, połowa dla Jerzego. Żadnych pieniędzy na większe mieszkanie, żadnego białego samochodu, żadnej wygodnej różnicy, która miała zostać po przesunięciu starszej kobiety do kawalerki. Mamo, proszę cię!
Odezwał się nagle Łukasz. Jego głos zabrzmiał zupełnie inaczej niż wcześniej. Był w nim strach. Nie sprzedawaj tego mieszkania.
Dlaczego? Bo przecież ja tu dorastałem. Pamiętasz ten parkiet w korytarzu, który zawsze skrzypiał przy drzwiach do gabinetu? I moje kreski na framudze w kuchni, gdzie tata zaznaczał, ile urosłem?
Łukasz przełknął ślinę. To nie jest zwykłe mieszkanie. To jest nasz dom. Jeszcze tydzień temu był za duży.
Myliłem się. Renata natychmiast podchwyciła jego ton. Łukasz ma rację. Poza tym pod Zgierzem nie będzie pani wygodnie.
Tutaj ma pani przychodnie, aptekę na rogu, tramwaj pod domem. A tam jak coś się stanie, karetka będzie jechała nie wiadomo ile. Jurek ma samochód. Zauważyła Danuta.
Samochód to nie wszystko. Zimą drogi bywają śliskie. Renata pochyliła się do przodu. Niech pani zostanie tutaj.
My już nigdy nie będziemy wracać do tematu sprzedaży. Obiecuję. Danuta zerknęła na katalog, potem na Jerzego. Sama nie wiem.
Las, ogród… Brzmiało pięknie. Jerzy westchnął z udawanym żalem. Jeśli dzieci tak się martwią o twoje zdrowie, może rzeczywiście odłóżmy przeprowadzkę na rok, dwa.
Zobaczymy. A dom nie ucieknie. Ja na razie mogę częściej bywać tutaj. Renata odetchnęła tak głęboko, jakby właśnie uniknęła katastrofy.
Kilka minut później zaczęli się zbierać. Łukasz w przedpokoju objął matkę raz, a potem drugi, mocniej. Tylko niczego nie podpisuj bez rozmowy ze mną. Dobrze, zobaczymy, synku.
Renata poprawiła Danucie apaszkę. Ta fryzura naprawdę pani służy. Wygląda pani o dziesięć lat młodziej. Następnym razem przyniosę własny sernik.
Drzwi zamknęły się za nimi. Jerzy przekręcił zamek i wrócił do salonu. Danuta została przez chwilę sama w przedpokoju. Powinna czuć satysfakcję.
Mieszkanie było bezpieczne. Renata nie odważy się już mówić o kawalerce. Łukasz wreszcie przypomniał sobie, że ten dom znaczy coś więcej niż pieniądze. Mimo to radość nie przyszła.
Spojrzała w stronę salonu, gdzie na stoliku leżał otwarty katalog z domem pod Zgierzem. Przedstawienie zadziałało. Tylko dlaczego nagle zrobiło jej się tak pusto? Weszła do salonu powoli, jakby zabrakło jej sił.
Usiadła na kanapie i rozwiązała jedwabną apaszkę. Jerzy zajął miejsce naprzeciwko w fotelu. No panie Jerzy, muszę przyznać, że ma pan talent. Gdyby nie ta fizyka, zrobiłby pan karierę w teatrze.
Widział pan minę Renaty, kiedy powiedział pan o połowie domu? Myślałam, że spadnie z krzesła. A Łukasz? Boże, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mnie przytulił.
Roześmiała się cicho, ale śmiech zabrzmiał obco. Udało się. Naprawdę się udało. Mieszkanie jest bezpieczne.
Już nie będą mówić o żadnej kawalerce. Jerzy milczał. Danuta splotła dłonie na kolanach. Dziękuję panu.
Bez pana nie dałabym rady. Danusiu. Na początku mieliśmy tylko udawać, ale gdzieś po drodze przestało to być przedstawienie. Danuta znieruchomiała.
Spojrzała na niego, lecz zaraz odwróciła wzrok. Nie rozumiem. Ale rozumiała. Bała się tylko, że kiedy nazwą to głośno, wszystko stanie się zbyt prawdziwe.
Jerzy pochylił się lekko do przodu. Mieliśmy odegrać zakochanych, Danusiu. Tyle że ja naprawdę się w tobie zakochałem. W pokoju zrobiło się tak cicho, że Danuta słyszała tykanie zegara w przedpokoju.
Serce zabiło jej mocniej, ale nie tak jak ze strachu, gdy usłyszała rozmowę Renaty. To było inne uczucie. Ciepłe, niepokojące, niemal młodzieńcze. Jurek…
Poczekaj. Niczego od ciebie nie oczekuję. Nie chcę odpowiedzi od razu. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął grubą kremową kopertę.
Położył ją na stoliku, dokładnie na katalogu nieruchomości. Co to jest? Otwórz. W środku były dwa bilety kolejowe i potwierdzenie rezerwacji w uzdrowisku w Krynicy-Zdroju.
Dwa tygodnie. Pokój dwuosobowy z balkonem, zabiegi, śniadania, kolacje i wejścia do pijalni wód. Kiedy to kupiłeś? Wczoraj.
Wczoraj jeszcze nie wiedzieliśmy, jak skończy się dzisiejsze spotkanie. Ja już wiedziałem, że chcę z tobą pojechać, niezależnie od tego, czy Renata uwierzy w nasz ślub, czy nie. Danuta przesunęła palcem po bilecie. Dwa tygodnie.
Będziemy spacerować, pić wodę, narzekać na pogodę i jeść kolacje, których sami nie będziemy musieli gotować. Uśmiechnęła się, ale po chwili spoważniała. A mieszkanie? Jerzy spojrzał na nią uważnie.
Mieszkania nie sprzedasz. To twój dom, twoje wspomnienia i, jak się dziś okazało, także twoje zabezpieczenie. Dopóki jest twoje, Łukasz i Renata będą musieli pamiętać, że nie mogą urządzać ci życia po swojemu. A ty?
Ja nie chcę twojego mieszkania. Powiedział to spokojnie, bez urazy. Nie będę się tu wprowadzał z walizką i książkami. Nie potrzebuję udziału, testamentu ani miejsca w szafie po twoim mężu.
Chcę tylko być z tobą. Danuta poczuła ucisk w gardle. Po powrocie z Krynicy możemy spotykać się tak jak dotąd, albo częściej. Możesz czasem nocować u mnie.
Mam mniejsze mieszkanie, ale z balkonu widać park. Dla dwojga miejsca wystarczy, jeśli nie przywieziesz wszystkich swoich filiżanek. Te filiżanki są z Ćmielowa. W takim razie znajdziemy dla nich osobną półkę.
Danuta roześmiała się. Tym razem naprawdę. Rozejrzała się po salonie, po znajomej sztukaterii, po kredensie, po pustej filiżance na stoliku. To mieszkanie pamiętało jej młodość, małżeństwo, dzieciństwo Łukasza i lata samotności.
Zrozumiała nagle, że nie musi go opuszczać, żeby zacząć od nowa. Wystarczy, że przestanie być w nim sama. Jeszcze raz spojrzała na bilety. Do Krynicy pojadę.
Tylko najpierw muszę kupić porządne buty. W tych eleganckich daleko nie zajdę. Jerzy odchylił się w fotelu. W kącikach jego ust pojawił się uśmiech.
Jutro rano pojedziemy po najlepsze buty trekkingowe, jakie mają w Łodzi. Tylko żadnych jaskrawych kolorów. Oczywiście. Chociaż czerwone podobno dodają odwagi.
Renata chciała odebrać jej dom. Tymczasem właśnie przez tę chciwość Danuta spotkała człowieka, przy którym pierwszy raz od wielu lat poczuła, że jej życie jeszcze się nie skończyło.


