Noc z 18 na 19 czerwca 2007 roku.
Areszt Śledczy w Płocku.
W jednej z cel siedział człowiek, którego śledczy uważali za jedną z najważniejszych postaci w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika.
Wojciech Franiewski.
Mężczyzna, który przez dekady uciekał więzieniom, milicji i policji.
Człowiek, który potrafił wydostać się zza murów przy pomocy własnoręcznie wykonanej drabiny, wyjść z komendy milicji i zniknąć niemal sprzed nosa funkcjonariuszy.
Teraz nie miał już dokąd uciec.
Następnego dnia miał składać zeznania.
Śledczy liczyli, że wreszcie zacznie mówić.

O porwaniu.
O pieniądzach.
O ludziach.
Być może także o tym, czego przez lata nie udało się wyjaśnić.
Ale rano strażnik otworzył celę.
Franiewski nie żył.
Wstępne ustalenia wskazywały na samobójstwo.
Sekcja zwłok potwierdziła taki kierunek.
W jego organizmie wykryto jednak alkohol oraz substancje odurzające.
A później zaczęli umierać kolejni ludzie związani ze sprawą.
Sławomir Kościuk.
Robert Pazik.
Strażnik więzienny.
Inni ludzie, którzy mieli posiadać informacje.
I właśnie wtedy pojawiło się pytanie, które do dziś ciąży nad całą historią:
czy Wojciech Franiewski naprawdę zabrał wszystkie swoje tajemnice do grobu… czy ktoś bardzo chciał, żeby już nigdy ich nie ujawnił?
Żeby zrozumieć, kim był ten człowiek, trzeba cofnąć się prawie trzydzieści lat.
Do Polski początku lat osiemdziesiątych.
Wojciech Franiewski urodził się w 1960 roku.
Ukończył szkołę zawodową.
Został ślusarzem.
Przez pewien czas pracował legalnie w jednej z fabryk w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego.
Nie trwało to jednak długo.
Na przełomie lat 1979 i 1980 zaczął kraść samochody.
Warszawy.
Fiaty.
Później także pojazdy zachodnich marek.
Samochód w Polsce początku lat osiemdziesiątych był dobrem luksusowym.
A Franiewski szybko odkrył, że jego kradzież potrafi przynieść znacznie więcej pieniędzy niż miesiące pracy w fabryce.
Próbował również przedostać się na Zachód.
Do RFN.
Bez powodzenia.
Pod koniec 1980 roku wszystko się skończyło.
Milicja zatrzymała go za kradzież Fiata 125p.
Wyrok?
Sześć lat więzienia.
Franiewski trafił do zakładu karnego w Czarnem.
Dla większości ludzi oznaczałoby to sześć lat za murami.
Dla niego oznaczało wyzwanie.
Listopad 1983 roku.
Więzienie w Czarnem.
Franiewski przygotował własnoręcznie skonstruowaną, składaną drabinę.
Plan wydawał się szalony.
Ale zadziałał.
Pokonał zabezpieczenia.
Wydostał się z zakładu karnego.
Zniknął.
Wieść o ucieczce rozeszła się po więziennym półświatku błyskawicznie.
Dla administracji był niebezpiecznym zbiegiem.
Dla wielu więźniów stał się kimś zupełnie innym.
Człowiekiem, który zrobił to, o czym inni tylko marzyli.
Na wolności natychmiast wrócił do przestępczości.
Samochody.
Włamania do mieszkań.
Kradzieże.
Ale wolność trwała niewiele ponad rok.
W grudniu 1984 roku został schwytany w Warszawie.
Milicjanci przewieźli go na komendę na Woli.
Tym razem mieli go pilnować dokładniej.
Tym razem miał nie uciec.
Tyle że Wojciech Franiewski najwyraźniej nie otrzymał tego komunikatu.
Istnieją dwie wersje tego, co wydarzyło się później.
Według pierwszej uszkodził ścianę celi i w ten sposób wydostał się na wolność.
Według drugiej funkcjonariusz niedokładnie zamknął drzwi.
Franiewski zauważył błąd.
Otworzył je.
I po prostu wyszedł.
Niezależnie od wersji rezultat był taki sam.
Milicja ponownie straciła człowieka, którego dopiero co zatrzymała.
Rozpoczęła się kolejna obława.
Przez pół roku Franiewski ukrywał się.
W czerwcu 1985 roku ponownie wpadł w Warszawie.
Funkcjonariusze przewieźli go do Pałacu Mostowskich.
Po wcześniejszych doświadczeniach wydawało się niemożliwe, żeby uciekł po raz trzeci.
A jednak.
Dwa miesiące później Franiewski poprosił o możliwość skorzystania z toalety.
W pewnym momencie miał usłyszeć, że funkcjonariusz pilnujący go został wezwany.
Do toalety wszedł inny mężczyzna.
Funkcjonariusz po cywilnemu.
Kiedy wychodził, Franiewski ruszył za nim.
— Przepraszam, zgubiłem się. Jak stąd wyjść?
Policjant miał zapytać, co w ogóle robi w komendzie.
Franiewski odpowiedział podobno bez wahania:
— Przyjechałem zgłosić kradzież.
Mężczyzna wskazał mu drogę.
Franiewski wyszedł bocznym przejściem.
I zniknął.
Brzmiało to tak absurdalnie, że później powstała druga teoria.
Według niej w ucieczce miał pomóc mu człowiek związany ze Służbą Bezpieczeństwa.
Od tego momentu Franiewski miał pozostawać pod kontrolą służb, a nawet współpracować z nimi.
Nigdy nie zostało to jednak jednoznacznie udokumentowane.
Legenda zaczęła żyć własnym życiem.
Po kolejnej ucieczce Franiewski znów wrócił do samochodów.
Według części relacji miał znać lub współpracować ze Zdzisławem Najmrodzkim, jednym z najsłynniejszych polskich złodziei samochodowych lat osiemdziesiątych.
Kradł Polonezy.
Fiaty.
Ale coraz częściej również zachodnie auta, które wtedy były prawdziwą rzadkością.
Jedna z historii mówi, że ukradł nawet samochód należący do Franciszka Szlachcica — generała Milicji Obywatelskiej, byłego wiceministra spraw wewnętrznych i prominentnego działacza PZPR.
Franiewski miał również działać na terenie RFN.
Kraść samochody.
Przewozić je.
Sprzedawać paserom.
Pojawiały się sugestie, że robił to za wiedzą polskich służb.
Ale podobnie jak w przypadku wcześniejszych pogłosek — brakowało dokumentów, które pozwalałyby traktować tę wersję jako pewnik.
Jedno było natomiast pewne.
Franiewski stawał się coraz bardziej znany.
I coraz bardziej niebezpieczny.
Po zmianach ustrojowych w Polsce został w końcu zatrzymany.
Tym razem wyrok był poważniejszy.
Siedem lat więzienia.
Trafił do Wronek.
Za murami nie był zwykłym więźniem.
Franiewski od lat należał do grypsery.
Przestrzegał więziennych zasad.
Znał ludzi.
Miał historię ucieczek, o której wiedzieli inni osadzeni.
Jego pozycja rosła.
Kiedy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przez polskie więzienia przeszła fala buntów, Franiewski miał znajdować się wśród ludzi potrafiących organizować innych osadzonych.
Później został przeniesiony między innymi do Płocka.
Tam również uchodził za jednego z ważniejszych więźniów.

Chwalił się znajomościami z ludźmi z Nowego Dworu, Pruszkowa, Marek i Wołomina.
Nazwiska i pseudonimy, które kilka lat później będą pojawiać się w gazetach, dla niego miały być zwykłymi kontaktami z półświatka.
Ale najbardziej niezwykła rzecz wydarzyła się nie za murem.
Tylko poza nim.
Mimo negatywnej opinii administracji Franiewski zaczął dostawać przepustki.
W 1991 roku otrzymał ich kilka.
Podczas jednej z nich kupił drogi magnetowid VHS.
Przywiózł go do więzienia.
Zorganizował osadzonym coś w rodzaju wspólnego kina.
W czasach, kiedy magnetowid był dla wielu Polaków symbolem luksusu, Franiewski budował w ten sposób jeszcze większą pozycję.
Nie musiał rozdawać pieniędzy.
Wystarczały przysługi.
W więzieniu przysługa była walutą.
W 1992 roku, podczas wizyty Jana Pawła II w zakładzie karnym w Płocku, to właśnie Franiewski miał zostać wybrany jako jeden z więźniów uczestniczących w oficjalnym spotkaniu i wręczających papieżowi podarunek.
Dla człowieka z taką przeszłością był to niezwykły obraz.
Kilka miesięcy później otrzymał następną przepustkę.
Tym razem postanowił nie wrócić.
Na wolności szybko miał zbudować własną grupę.
Według policji w jej skład wchodzili przestępcy z rejonu Legionowa, Serocka, Nowego Dworu Mazowieckiego, Płocka oraz ludzie, których Franiewski poznał podczas odsiadek.
Kradzieże.
Włamania.
Paserstwo.
Kontakty z większymi grupami.
Franiewski używał pseudonimów „Gruby” lub „Franio”.
Z jednej strony pozostawał człowiekiem półświatka.
Z drugiej próbował funkcjonować legalnie.
Miał dom w Kałuszynie koło Nowego Dworu Mazowieckiego.
Prowadził przedsiębiorstwo.
Pieniądze pozwalały mu wyglądać jak człowiek, który zostawił przeszłość za sobą.
Ale policja o nim nie zapomniała.
W 1997 roku wpadł.
Ponownie trafił za kratki.
Tym razem do Łodzi.
Nawet w więzieniu Franiewski potrafił demonstracyjnie pokazywać swoją pozycję.
Według relacji w 1998 roku miał skontaktować się z ludźmi powiązanymi z Pruszkowem.
Grupa gangsterów miała pojawić się pod więzieniem jako demonstracja poparcia.
Przekaz dla administracji był czytelny:
Ten więzień nie jest sam.
Najbardziej zdumiewające są jednak oficjalne dane dotyczące kolejnych lat.
Między 1999 a 2001 rokiem Franiewski miał otrzymać aż trzydzieści siedem przepustek.
Trzydzieści siedem.
Człowiek z historią ucieczek.
Recydywista.
Przestępca o silnej pozycji w grypserze.
Wychodził z więzienia raz za razem.
W czerwcu 2001 roku wydarzyło się coś jeszcze bardziej zaskakującego.
Franiewski został warunkowo zwolniony.
I to pomimo negatywnej opinii komisji penitencjarnej.
Wyszedł.
Polska, którą zobaczył, była już inna.
Pruszków został rozbity.
Wołomin tracił dawną siłę.
Na ulicach pojawiały się nowe, młodsze grupy.
A jedną z najbardziej dochodowych form przestępczości stawały się porwania dla okupu.
Wtedy Franiewski spojrzał w stronę jednej z najbogatszych rodzin w regionie.
Olewników.
Włodzimierz Olewnik był właścicielem dużej firmy z branży mięsnej.
Rodzina miała pieniądze.
Pozycję.
Rozpoznawalność.
Idealny cel.
Grupa Franiewskiego miała przez dłuższy czas obserwować rodzinę.
Rozważano różne osoby.
Córkę Danutę.
Syna Krzysztofa.
Ostatecznie wybór padł na Krzysztofa.
Jeden z ludzi grupy — Robert Pazik, pseudonim „Pedro” — pochodził z okolicy i miał wcześniej pracować w zakładach związanych z rodziną Olewników.
Znał teren.
Znał zwyczaje.
Dom Krzysztofa przy ulicy Płockiej w Świerczynku był obserwowany już od sierpnia 2001 roku.
Porywacze czekali.
I w końcu pojawiła się idealna noc.
26 października.
W domu Krzysztofa odbywała się impreza.
Byli znajomi.
Według relacji pojawiali się również policjanci z kilku jednostek.
Późnym wieczorem goście zaczęli wyjeżdżać.
Krzysztof odprowadził jednego z nich.
Wrócił.
Chciał odpocząć.
Nie wiedział, że kilka osób obserwuje dom.
W pewnym momencie tylne drzwi zostały sforsowane.
Do środka weszli mężczyźni.
Według późniejszych ustaleń wśród nich miał być Wojciech Franiewski oraz ludzie używający pseudonimów „Żaba”, „Rudy” i „Benek”.
Na zewnątrz miały znajdować się kolejne osoby pilnujące terenu.
Krzysztof został obezwładniony.
Wyciągnięto go z domu.
Wepchnięto do Poloneza.
Samochód odjechał.
Pierwszym miejscem przetrzymywania miał być dom Franiewskiego w Kałuszynie.
Dwa dni później rodzina odebrała wiadomość.
Cena za życie syna:
300 tysięcy dolarów.
Rodzina zaczęła zbierać pieniądze.
Po około trzech tygodniach okup był gotowy.
Porywacze wskazali pierwsze miejsce przekazania.
5 grudnia 2001 roku.
Łódź.
Okolice zajazdu.
Rodzina przyjechała.
Czekała.
Nikt nie odebrał pieniędzy.
Porywacze zadzwonili ponownie.
Nowe instrukcje.
8 stycznia 2002 roku.
Okolice centrum handlowego M1 w Markach.
Znów pieniądze były gotowe.
Znów rodzina wykonała polecenia.
I znów nikt się nie pojawił.
Tak zaczęła się gehenna trwająca niemal dwa lata.
Według ustaleń prób przekazania okupu było blisko dwadzieścia.
Za każdym razem rodzice mieli nadzieję, że to już koniec.
Za każdym razem Krzysztof nie wracał.
Porywacze wysyłali listy.
Instrukcje.
Nagrania.
Na taśmach słychać było głos Krzysztofa.
Dla rodziny był to dowód, że żyje.
Dla porywaczy — narzędzie nacisku.
W tym czasie Krzysztof miał być przetrzymywany w dramatycznych warunkach.
Na działce niedaleko Różana.
W ciasnym, zabetonowanym pomieszczeniu przypominającym zbiornik.
Przykuty do ściany.
Odizolowany.
Torturowany.
Mijały tygodnie.
Potem miesiące.
Rodzina zaczęła szukać pomocy na własną rękę.
Do sprawy włączono między innymi Krzysztofa Rutkowskiego.
Media zaczynały interesować się porwaniem coraz bardziej.
Presja rosła.
Ale Krzysztofa nadal nie było.
W końcu porywacze wskazali miejsce, w którym naprawdę zamierzali odebrać pieniądze.
Warszawa.
Trasa Armii Krajowej.
Okolice ulicy Gwiaździstej.
Rodzina miała wyrzucić torbę z pieniędzmi przez otwór w ekranie dźwiękochłonnym.
Okup wynosił już około 350 tysięcy euro.
Torba poleciała.
Pieniądze odebrano.
Według ustaleń zrobili to Robert Pazik „Pedro” i Sławomir Kościuk.
Rodzina czekała na telefon.
Teraz Krzysztof miał wrócić.
Przecież dostali pieniądze.
Nie wrócił.
Porywacze zamilkli.
Według późniejszych ustaleń Krzysztof miał zobaczyć twarze swoich porywaczy.
To prawdopodobnie przesądziło o jego losie.
5 września 2003 roku miał zostać zamordowany.
Śledztwo wykazało później makabryczny szczegół.
Sprawcy nie mogli zdecydować, kto ma zabić Krzysztofa.
Mieli więc rozstrzygnąć to…
ciągnięciem zapałek.
Krótsza zapałka wskazywała wykonawcę.
Według zeznań Sławomira Kościuka padło na Roberta Pazika.
Krzysztof został obezwładniony.
Kościuk miał przytrzymywać jego nogi.
Pazik miał doprowadzić do jego śmierci.
Potem ciało ukryto.
A rodzina przez kolejne lata nadal nie znała prawdy.
Przełom przyszedł w 2005 roku.
Policja zatrzymała Sławomira Kościuka.
Kościuk zaczął współpracować.
Podał nazwiska.
Opisał ludzi.
Kolejne zatrzymania przyszły szybko.
Robert Pazik.
„Żaba”.
„Benek”.
„Rudy”.
I inni.
W styczniu 2006 roku zatrzymano również Wojciecha Franiewskiego.
Śledczy uznawali go za jednego z głównych organizatorów grupy.
Mieli przeciwko niemu zeznania Kościuka.
Mieli również nagrania z monitoringu marketu, na których miał pojawiać się podczas zakupu telefonu i karty prepaid związanej ze sprawą.
Układanka zaczynała się zamykać.
28 października 2006 roku policja odnalazła ciało Krzysztofa.
Las niedaleko Różana.
Szczątki były owinięte metalową siatką.
Po pięciu latach rodzina wreszcie mogła pochować syna.
Ale odpowiedzi wciąż brakowało.
W areszcie Franiewski początkowo miał sprawiać wrażenie człowieka przytłoczonego sytuacją.
Przez całe życie potrafił uciekać.
Z więzienia.
Z komendy.
Przed obławą.
Teraz siedział w celi, a ludzie z jego własnego środowiska zaczęli mówić.
Kościuk zeznawał.
Śledczy składali materiał.
Proces był coraz bliżej.
I wtedy nadeszła noc 18 czerwca 2007 roku.
Franiewski miał wkrótce składać kolejne zeznania.
Nie zdążył.
Rano znaleziono go martwego.
Oficjalnie — samobójstwo.
Ale wydarzenia, które nastąpiły później, sprawiły, że wokół tej śmierci pojawiła się aura podejrzeń.
Sławomir Kościuk również zmarł w celi.
Samobójstwo.
Robert Pazik — kolejny człowiek mający kluczową wiedzę o sprawie — także zmarł za kratami.
Również oficjalnie odebrał sobie życie.
Pojawiły się kolejne zgony ludzi związanych ze śledztwem.
Każda z tych śmierci mogła mieć własne wyjaśnienie.
Ale razem tworzyły obraz, który dla rodziny Olewników był nie do zaakceptowania.
Rodzina przez lata twierdziła, że porwanie Krzysztofa mogło mieć drugie dno.
Nie tylko okup.
Nie tylko grupa zwykłych przestępców.
Mogły istnieć interesy biznesowe.
Lokalne układy.
Kontakty.
Błędy albo zaniedbania ludzi mających prowadzić śledztwo.
Sprawa stała się jednym z największych symboli niewydolności polskich organów ścigania początku XXI wieku.
A Wojciech Franiewski pozostał jedną z najbardziej zagadkowych postaci całej historii.
Przez blisko trzy dekady jego życie wyglądało jak niekończąca się ucieczka.
Najpierw przed legalną pracą.
Potem przed milicją.
Z więzienia w Czarnem.
Z komendy na Woli.
Z Pałacu Mostowskich.
Przed kolejnymi wyrokami.
Przed własną przeszłością.
Za każdym razem znajdował wyjście.
Drabinę.
Niedomknięte drzwi.
Błąd funkcjonariusza.
Znajomości.
Przepustkę.
Warunkowe zwolnienie.
Ale w czerwcu 2007 roku Wojciech Franiewski po raz pierwszy znalazł się w miejscu, z którego nie uciekł.
Celi płockiego aresztu.
I właśnie dlatego najbardziej niepokojące pytanie w jego historii nie brzmi:
jak tyle razy udało mu się uciec?
Tylko:
co mógł powiedzieć następnego dnia, że jego śmierć do dziś budzi tak wiele pytań?


