Syn z synową postanowili urządzić u nas rocznicę ślubu. Dała mojej żonie listę 25 dań i kazała jej gotować samej, więc zarezerwowałem nam sanatorium i zostawiłem synowi prezent. W środku przyjęcia zadzwoniła do nas 23 razy. Wróciłem do domu i od progu poczułem zapach zimnego tłuszczu i wina.

Nie był to zapach naszego domu. U nas zwykle pachniało kawą, pastą do podłogi albo zupą, którą Teresa gotowała na dwa dni. Tym razem w powietrzu wisiała woń po cudzej zabawie. Ciężka, nieprzyjemna i lepka jak brudny obrus.
Zdjąłem kurtkę, odstawiłem torbę i poszedłem do kuchni. Już z korytarza słyszałem szuranie talerzy i plusk wody. Teresa stała przy zlewie. Jedną ręką trzymała gąbkę, a drugą opierała się o blat.
Plecy miała zgarbione, lewą nogę lekko wysuniętą do przodu. Znałem tę pozycję. Tak ustawiała ciało, kiedy kolano zaczynało ją mocno ciągnąć. Na blacie piętrzyły się kieliszki, półmiski, miseczki po ciastach i talerze oblepione zaschniętym sosem.
Na podłodze stały dwa worki ze śmieciami. Na krześle wisiała poplamiona serwetka. – Teresa, co ty robisz? – zapytałem.
Drgnęła, jakby przyłapał ją ktoś obcy, a nie własny mąż. – Nic takiego, już prawie kończę. Podszedłem bliżej. Jej dłonie były czerwone od gorącej wody, a na czole miała drobne kropelki potu.
– Przecież nie możesz tyle stać. – Daj spokój, Jerzy. Kilka talerzy. Rozejrzałem się po kuchni.
– Kilka. Westchnęła i wyłączyła wodę. Poprzedniego wieczoru Agnieszka urządziła u nas spotkanie dla swoich koleżanek. Powiedziała, że w ich mieszkaniu jest za ciasno, a u nas przecież tyle miejsca się marnuje.
Teresa jak zwykle nie chciała robić problemu. Zgodziła się. Miała tylko zrobić herbatę i potem odpocząć na górze. Rano po gościach nie było śladu.
Zostały za to brudne naczynia, puste butelki i okruszki w całym salonie. – Agnieszka mówiła, że wpadnie później posprzątać – powiedziała Teresa cicho, ale pewnie ma dużo na głowie. Ta rocznica, goście, przygotowania. A Paweł?
Paweł pracuje. Powiedziała to takim tonem, jakby praca naszego syna była usprawiedliwieniem dla wszystkiego. Wziąłem jej gąbkę z ręki. – Siadaj, Jerzy, siadaj, proszę.
Pomogłem jej dojść do krzesła przy stole. Usiadła powoli, zaciskając usta. Wiedziałem, że po operacji kręgosłupa nie powinna tyle stać ani dźwigać. Ja też wiedziałem, że Agnieszka o tym pamięta.
Pamiętała, bo sama była pielęgniarką. Tylko że wtedy, przy tamtym stole, nikt o to nie zapytał. Nikt nie zapytał, czy Teresa da radę dojść do łazienki. Nie było po co.
Ona była w domu, a do domu przecież nie trzeba dzwonić. Następnego dnia zadzwoniłem do Pawła. Powiedziałem, że chcę się z nim spotkać. Do restauracji, do ich mieszkania, do domu kultury, gdziekolwiek.
Był zdziwiony, ale się zgodził. Spotkaliśmy się w małej kawiarni na osiedlu. Wszedł spóźniony, w garniturze, z telefonem w ręku. Pocałował mnie w policzek, ale szybko odwrócił wzrok.
Usiadł i od razu zaczął mówić o pracy. O tym, że dużo się dzieje, że Agnieszka ma teraz dyżury, że nie ma kiedy. – Słuchaj, tato, wiem, że mieliście chyba pretensje o to przyjęcie, ale to była ważna rocznica. Agnieszka chciała zrobić coś miłego dla swoich koleżanek.
Nie rozumiem, o co wam właściwie chodzi. – A myślisz, że twoja matka nie ma prawa do zmęczenia? – zapytałem spokojnie. – 25 dań, kilkanaście godzin na nogach, ból po operacji, a potem zakaz wejścia do własnej jadalni?
– Ona sama się zgodziła – wzruszył ramionami Paweł. – Nikt jej nie zmuszał. Agnieszka tylko pomagała. Chciała, żebyśmy wszyscy byli razem.
– Razem? – powtórzyłem. – Razem to twoja matka spędziła ten wieczór w kuchni, zmywając naczynia. Razem to ty wyszedłeś do kolegi, a twoja żona zniknęła na górze.
Twoja matka spała na tym samym łóżku, co zawsze, ale tym razem obok niej leżała twoja teściowa z pretensjami, że jest za cicho. Dzwoniła do nas 23 razy w środku nocy. Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale czy moglibyście wyjść z sypialni, bo chcemy spać. To były jej słowa.
Moja żona prosiła twoją żonę o pozwolenie na wejście do własnej sypialni. Paweł patrzył na mnie tak, jakbym mówił w obcym języku. – Agnieszka mówiła, że wszystko było w porządku – powiedział cicho. – Mówiła, że Teresa sama chciała posprzątać.
– No oczywiście, że sama chciała. Bo bała się cokolwiek powiedzieć. Bo od dziecka uczona była, że jak syn, to skarb, a jak synowa, to dar od losu. Tylko że ty, Paweł, zapomniałeś, jak wygląda dom twoich rodziców.
Jak wygląda ich łóżko, ich kuchnia, ich życie. Zaproponowałaś jej usiąść przy własnym stole, a oni nie odpowiedzieli. Bo nie wypada. Bo po co robić problem.
Paweł westchnął. Spojrzał na telefon, który leżał na stole. Na pewno czekał na wiadomość od Agnieszki. – Co ty proponujesz?
– zapytał w końcu. – Nic. Nic nie proponuję. Ja tylko przypominam ci, że twoja matka ma na imię Teresa, a nie pomoc domowa.
I że przez najbliższy tydzień nie będzie jej w domu. – To znaczy gdzie będzie? – zdziwił się Paweł. – Jadą ze mną do sanatorium.
Do Nałęczowa. Mają tam baseny, okłady, rehabilitację. Teresa potrzebuje odpoczynku. A ty potrzebujesz zrozumieć, że dom rodziców to nie jest hotel.
I że jeśli twoja żona znowu urządzi u nas imprezę bez pytania, to wyleci za drzwi. Z torbami. Paweł milczał. Widziałem, że chciał coś powiedzieć, ale w końcu schował telefon do kieszeni.
– To jest twój problem, tato. Ty zawsze robisz z siebie taką ofiarę. – Nie, Paweł. Mój problem polega na tym, że pozwoliłem ci myśleć, że tak ma wyglądać rodzina.
Wyszedłem z kawiarni. Za plecami słyszałem kliknięcie zamykanych drzwi. Od razu zadzwoniłem do sanatorium w Nałęczowie. Mieli wolny termin od poniedziałku.
Zamówiłem dwa miejsca. Nie pytałem Teresy, bo i tak by odmówiła. Powiedziałem jej, że to prezent na rocznicę. Ona spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– A co z domem? – zapytała. – Dom będzie stał. Nie rozpadnie się.
A jak się rozpadnie, to go zbudujemy. Najpierw jednak ty. Następnego dnia rano pojechałem do sklepu. Nie jednego, bo do trzech.
Kupiłem termos, bo jej się przypomniało, że nie mamy w sanatorium takiego, do którego można nalać herbaty. Kupiłem chustę, bo powiedziała, że wieczory są chłodne. Przy kasie kwota zbliżyła się do pół setki. Potem wszedłem do sklepu z artykułami kuchennymi.
Teresa weszła do kuchni i zamarła. Patrzyła na ładną, drewnianą deskę do krojenia, taką, o jakiej kiedyś wspominała. Podeszła i pogłaskała ją palcem. – Zrobię ci pasztet.
– powiedziała cicho. – Zrobisz, jak wrócimy. A teraz pakuj rzeczy. Do walizki włożyłem jej leki, dokumentacją po operacji, wygodne spodnie, ciepły sweter i buty na płaskiej podeszwie.
Teresa patrzyła na to z zazdrością. – A ty co? – zapytała. – Ja?
Ja już nie potrzebuję butów. Mnie wystarczą kapcie. Ale jak chcesz, to kupię sobie nowe sandały na wieczór. Roześmiała się.
Ten śmiech brzmiał jak coś, co dawno zniknęło z naszego domu. Agnieszka przyjechała do naszego domu kilka godzin przed gośćmi. Miałem nadzieję, że pomoże przygotować stół, ale ona najpierw zdjęła płaszcz, a potem przeszła do jadalni. Miała na sobie jasną sukienkę, eleganckie buty i płaszcz, który z pewnością nie nadawał się do pracy w kuchni.
– Dzień dobry – powiedziała wesoło. – Gdzie jest Teresa? – W kuchni. Od rana kroi mięso na pasztet – odpowiedziałem.
Agnieszka zmarszczyła nos. – Na miłość boską, po co ona to robi o tej porze? Powinna tylko podgrzać to, co zamówiliśmy. – Nic nie zamówiliśmy, Agnieszko.
Ani my, ani ty. Twoja matka gotuje, bo robi to dla rodziny. A ty jesteś gościem. Jeśli chcesz pomóc, to poprosimy cię o wyłożenie sztućców.
Agnieszka owinęła się ramionami. – Dobrze, dobrze. Jak chcesz. Cień zniecierpliwienia przemknął jej po twarzy, ale nie odezwała się.
Przeszła do kuchni, gdzie Teresa właśnie wyrabiała ciasto. – Teresko, kochanie, nie męcz się tak. Może przejdź do pokoju i odpocznij? Ja tu zajmę się tym wszystkim – powiedziała Agnieszka tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Teresa spojrzała na nią zaskoczona. – Ale ja mam jeszcze zrobić jajka z majonezem. Agnieszka, nie trzeba. Damy radę.
– Nie, naprawdę, ja ci pomogę. Ty przecież ledwo stoisz na nogach. Tylko nie oszukujmy się, pan ogarnie wszystko sama. Jestem pewna, że świetnie poradzisz sobie w kuchni.
Uszczypnęła kościste ramię teściowej, aż ta skrzywiła się z bólu. Otworzyłam usta, ale Jerzy wyprzedził mnie:
– Teresa, chodź, pokażę ci, gdzie Agnieszka położyła koszyk. Tak, tak, zapomniałaś o koszyku. Pociągnąłem mnie za rękę i wyprowadziłem z kuchni.
Jego uścisk był mocny, taki, którym chciał mi powiedzieć: ani słowa, kochanie. Za nami rozległ się odgłos włączanego miksera. – Widzisz, tak to się robi – powiedziała Agnieszka półgłosem do kogoś, kto pewnie właśnie wchodził do kuchni. – Trzeba im dawać jasne instrukcje, a nie czekać, aż sami zrozumieją.
Kilka osób stłumiło śmiech. Czułem, jak moje policzki płoną. – Nie przejmuj się – usłyszałem głos ojca. – Głupia baba.
Twoja matka jest tylko od gotowania. Spojrzałem na niego zaskoczony. Wiesław, mój sąsiad, stał w drzwiach, kręcąc głową. Znał mojego ojca od dzieciństwa.
A on nigdy tak o kimś nie mówił. Chwycił szybę i napił się soku. – Co? – mruknął.
– Myślisz, że nie mam oczu? Przeszliście do jadalni, a ta kobieta potraktowała twoją matkę jak służącą. I ty jej na to pozwalasz. – Nie pozwalam – powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to nie do końca prawda.
– Nie pozwalasz. Widziałem, jak całujesz zęby w ogniu. Twój stary powiedział, że macie pracować w kuchni. To powiedz, dlaczego stoisz tu z nami, a twoja żona obiera ziemniaki w domu?
Spojrzałem w stronę kuchni. Przez szparę w drzwiach widziałem Agnieszkę, która energicznie rozkładała półmiski z ciastami na świetnie zastawionym stole. Moja matka stała przy zlewie, zmywając naczynia z poprzedniego dnia. Potem weszła do jadalni, niosąc wielki garnek.
Szła ostrożnie, krok za krokiem, dociskając garnek do brzucha. Nagle potknęła się o nogę krzesła, które tak dziwnie wysunęło się spod stołu. Zachwiała się, garnek przechylił się na bok, a kilka gorących łyżek bulionu chlusnęło na podłogę. – Uważaj!
– krzyknęła Agnieszka. – Co ty wyprawiasz? Gdzie ty w ogóle łazisz? Jęknęła i ruszyła na nią.
A ja stałem, patrząc na moją matkę, która cofała się przed chudą synową w jasnej sukience. Byłem zbyt zajęty tym widowiskiem, żeby zauważyć, co się dzieje wokół. Dopiero gdy rozległ się trzask, świat zwolnił. Wszystko zbiegło się w jednym momencie.
Agnieżka potknęła się o własny obcas i z całym impetem wpadła na stół. Sprzęt z przeraźliwym hałasem przechylił się na bok. Kredens zdrzemnął się jak wywrócony. Talerze, szklanki i porcelitowe talerze ze śmietaną z hukiem spadły na podłogę.
Deski rozbrzmiały jak grzechotka, a na końcu coś wielkiego z hukiem uderzyło o płytki. Przez chwilę w kuchni panowała martwa cisza. Potem rozległ się pisk i trzask. – Moja porcelana!
– wrzasnęła Agnieszka. – Moje ręcznie malowane talerze! Ała! Wszędzie z zielono-szarym wzorem leżały w kałużach zupy, galarety i sałatek.
Pary usuwały się ze zniszczonych dań. Agnieszka klęczała, zbierając do rąkżułcie, które przed chwilą były pięknie nałożone. – Zobacz, coś ty zrobiła, potworo! – Syknęła w stronę Teodory, która przerażona patrzyła na dramat, jaki rozgrywał się u ich stóp.
Nagle rozległo się ciche kukuryku, a potem trzepot skrzydeł. Zza szafki kuchennej wyłonił się gąsior. Nie wiem skąd ani Wczasie. Może wpadł, gdy ktoś otwierał drzwi.
Miał coś przepięknego, ale jednocześnie za dużo. Był potwornie wielki, co najmniej tyle, ile ważył. Stanął nad leżącym pośrodku kuchni, przedzielił łapami ziemniaki, i niby z wyrzutem popatrzył na całą scenę. Ktoś zawirował, rozległ się pisk, a później stało się niewyobrażalne.
Gąsior, zamiast uciekać, podbiegł do kredensu, chwycił dziobem brzeg obrusa i pociągnął. Cała zastawa stołowa z hukiem wylądowała na podłodze. Chwila, chwila – usłyszałem własny głos, jakbym przez watę. Agnieszka uniosła się z klęczek.
Miała wszystko, co miała, w białej sukience. Sos, tłuszcz, resztki ciasta. Wlazła cała w to stężone powietrze i zapach. Powoli, z niedowierzaniem, opuściła wzrok.
– Ty cholero! – wrzasnęła. I rzuciła się w stronę ptaka. Gąsior, wyraźnie rozbawiony całym zamieszaniem, czmychnął pod stół.
Na czworakach, z tymi wszystkimi talerzami, krzyczała, próbując go dosięgnąć. Gąsior wycofał się spod krzeseł i nagle wystrzelił w stronę przedpokoju. Drzwi wejściowe były otwarte. Agnieszka wpadkała za nim, kiedy ktoś zawołał:
– Zostaw go, nie rób tego!
Gąsior biegł już wprost na drzwi. Nagle z kuchni wyskoczył kocur. Biały, puszysty, z ogonem wyprostowanym na ptaszyscu. Zderzyli się na środku korytarza.
Kocur pisnął, zatrzymał się i spryskał. A gąsior – zarechotał głośno – zawołał coś w swoim języku i obrał się na niknącego w sieni kocura. Paweł uciekł do salonu, gąsior za nim. Przewracał po drodze krzesła, tarmosząc białe pióra, latały w powietrzu jak śnieg.
Drzwi od salonu zatrzasnęły się na całkiem przezornie. Wszyscy zamarli. Słyszeliśmy tylko trzepot skrzydeł, donośne gęganie i uderzenia o ściany. Wiesław wybuchnął śmiechem.
Odwrócił się, a on, z ironicznym uśmiechem, mrugnął do mnie. No, my, mówi, jednego ptaka to sobie urządzili. Gdzie oni się, kurczę, wybierali? To było dobre.
śmiech udeerzył w okna, jakby ktoś mu otworzył psy. Nawet Bożena wciśnięta w róg sofy, szczerzyła się od ucha do ucha. Tylko Agnieszka, stojąca na środku salonu, nie śmiała się wcale. Biała sukienka została.
Teraz w rwanych strzępach wisiała na niej jak brudna szmata. Z włosów sterczało jej pióro. – Ja go zabiję – wysyczała. – Ja go wreszcie zabiję.
Gdzie on jest, bo chyba pójdę tam i go dobię. – Kochanie, chodź, umyjemy cię. – Bożena spróbowała ją chwycić za ramię. – Nie dotykaj mnie!
To wszystko przez twoich rodziców! – Agnieszka zwróciła się w moją stronę. – Ty i twoja matka. Nawet nie umie się zachować.
Patrz, co się stało, przez nią! – Przeze mnie? – zapytała cicho Teresa. – Ja tylko….
Nic nie mów! Jesteś do niczego. Od razu to wiedziałam. Cofnęła się o krok.
I wtedy poczułem, jak pęka mi jakaś cienka nić gdzieś pod żebrami. Kochani, powiedziałem spokojnie. Chyba czas się pożegnać. Niestor, kluczyki, chodź.
Trochę się zrobiło z tego imprezy. Wstałem, pomogłem ojcu się podnieść. Wyszliśmy z salonu, zostawiając za sobą harmider. Nikt nie ruszył się za nami.
Po drodze do przedpokoju ktoś zadzwonił. Pchnąłem drzwi, a stały w nich dwa, nie, trzy psy. Wielkie. Zabawnały ogonami.
I weterynarz, sapiąc, ciągnął ich smycze. – Całe szczęście, że tu jesteście – sapnął. – Mój brat dzwonił, że uciekł im gąsior. To państwa?
– Tak, nasz – powiedziałem. – A mamy gdzieś go zabrać. – Panie, ja nie chcę tego ptaka. Ja chcę wyjść.
Przepraszam za buty. – Oczywiście, panie weterynarzu. Bardzo przepraszamy za bałagan. – Teresa uśmiechnęła się najsłodziej, jak umiała.
– Proszę za nam iść. Poprowadziła mężczyznę przez kuchnię. Za nimi ruszyły psy, jeden z nich wziął z podłogi kawałek mięsa, drugi wylizał półmisek z majonezem. Przeszli przez cały dom.
Zatrzymali się przy drzwiach balkonowych. Mokra Świnka leżała. Uciekinier-strach. – No, dalej, marsz!
– Wskazałem na ogród. – I żeby mi pan zabrał to paskudztwo. Bo jak nie, to ja je jutro ugotuję na rosole. Weterynarz skinął głową i zaciągnął zebranego gąsiora na swoje podwórko.
Wróciliśmy do kuchni. Była jak pole bitwy. A na środku, na rozłożonych gazetach, leżało coś, co zaczynało przypominać stertę. Niezupełnie.
Bo pomiędzy zębami jednego z psów tkwił rękaw mojej marynarki. Świetnie, jęknąłem. przecież ją miałem w szafie. n-l okulista.
Agnieszka stała odwrócona, pociągając nosem. Spojrzałem na te zniszczone resztki swojej marynarki, na pola moich kafelków, które pojawiły się spod linoleum, na tyłek. I nagle coś we mnie pękło. nie.
Może dlatego, że wszystko próbowały udawać, że nic się nie dzieje. Z drugiej strony poczułem, jak mną naprawdę uwiera. Tak bardzo, jakby wdepnął w taflę szkła. Zawyłem.
Nie tak, jak człowiek. Tak, jak to ciekawe. Z niedowierzaniem, z ulgą, z tym całym tygodniem, z pretensją, z tym wszystkim. – Dobrze, że się śmiejecie.
– Głos Agnieszki przeciął powietrze. – Jakie to śmieszne. Tylko popatrzcie na to wszystko. Przez was zmarnowany cały wieczór.
Przez was? Przestałem się śmiać. Powoli się wyprostowałem. – Dzisiejszy wieczór?
To ty tu przyszłaś, bo powiedziałaś, że musisz coś zabrać. A zamiast tego – powiedziała cicho Teresa – urządzasz przyjęcie w cudzym domu. A potem mówisz, że jesteś zmęczona, że cię boli głowa. Ona stała i zmywała naczynia.
Po to, żebyś ty miała czysty stół. I co powiedziałaś, jak się o coś potknęłaś i wylałaś sobie na sukienkę herbatę, ale nie powiem, że to nie było celowe. Stanęłaś i zaczęłaś krzyczeć, że jej ręce śmierdzą. Tak, śmierdzą gotowaniem.
Bo ci gotowała. A ty. – Dość. – Głos Teresy był cichy, ale niosł się po całej kuchni.
– Masz rację, Jerzy. Ja już nie mam siły. Ani na to, żeby cię przed nią bronić. Ani na to, żeby sprzątać po jej gościach.
– Co ty powiedziałaś do mnie z tą swoją litością? – Agnieszka obróciła się w jej stronę. – Bo cię zaraz…– Ani mnie wyzywać, ani obgadywać u rodziny. Wracam do swojego sanatorium.
Chodź, Jerzy. Otworzyła. I wtedy coś we mnie puściło. Wybiegłem do przedpokoju.
Boże, ty niemądra babo. Jak w ogóle można było wytrzymać cały ten czas? …
W pewnym momencie stanąłem w drzwiach jadalni. Wszystkie oczy w pokoju zwróciły się na mnie.
Krzesła z trudem wstały. Tylko Teresy nie było. Wszyscy spojrzeli na mnie, jakby czekali na jakieś podsumowanie. Stałem tam, w tym całym syfie ze zniszczoną zastawą stołową, odziany w podartą koszulę i jedną nogawką spodni, szukając na próżno marynarki.
– Może. Wysłuchałem i poszedłem. W korytarzu przystanąłem przy drzwiach balkonowych. Gąsior nadal stał na schodku.
Obrócił łeb w moim kierunku, zamrugał, a potem z całych sił zatrąbił na pożegnanie. Kiwnąłem mu głową. Nie wiem, dlaczego. Wyprowadzili się po tygodniu.
Teresa wróciła z sanatorium do domu, bo ktoś musiał być w tym tygodniu. Zostawili na wersalce podniszczoną białą deskę, a w niej taką ładną, ręczną robótkę: czerwoną różę na tle szarego tła. Wieczorem zadzwonił Paweł. Głos miał zmęczony, jakby właśnie wracał z usprawiedliwiania czegoś przed żoną.
– Tato, mogę wpaść w niedzielę na obiad? – zapytał. – Na godzinę. Nie chcę wam przeszkadzać.
W tamtej chwili coś zaskoczyło w mojej piersi. To nie była ta ulga, o której piszą w książkach. Coś o wiele mocniejszego. – Przyjeżdżaj.
Ale zadzwoń wcześniej. – Wiem. – Zaśmiał się. – Nie wchodzi się do waszego domu bez dzwonienia.
Pomogłem Teresie wnieść zakupy z samochodu. Powolutku, cierpliwie, jak kiedyś. Ona szła przede mną, a ja widziałem, jak z tyłu po drzwiach kuchni rysują się jej łopatki. Tamtego wieczoru, wreszcie, zostaliśmy sami w domu.
Teresa siedziała w fotelu, z nogami na podnóżku, przedstawiając mi dokument na Nowy Rok. Boże, westchnęła, nie byłam na fotelu u kosmetyczki od… od zawsze. Chyba spadam. Pogłaskałem ją po głowie, a ona westchnęła.
– Jerzy, my już nie powinniśmy nikogo przepraszać za to, że mamy swoje życie. Usiadłem obok niej. Ujęła moją dłoń obiema rękoma. Zdziwiłem się, przecież mówiliśmy, że już jest wszystko dobrze.
I wiem, że nie skończyło się to wszystko. Że to dopiero początek powrotu do równowagi. Ale w przeciwieństwie do tego, co kiedyś, tym razem nie chodziło o to, żeby kogokolwiek przeprosić. Chodziło o to, żeby wszystko po swojemu ustawić.
Pierwszy raz od bardzo dawna obudziłem się u siebie w domu bez uczucia, że jestem tu tylko gościem. Powoli, w drobnych gestach, w dotrzymanych słowach i w szacunku do granic. Teresa wróciła do swojej kuchni, do zapachu rosołu, do swoich przepisów. Ja wróciłem do swoich książek.
A Paweł? Paweł nadal dzwoni, zanim przyjedzie. I wie, że drzwi otwieramy wtedy, kiedy sami chcemy. Bo to nie jest dom otwarty na oścież dla każdego.
To nasz dom. I to my w nim rządzimy.