-Nigdzie NIE lecisz! — zażądał mąż po swoim wypadku. Tego się po mnie nie spodziewał…

Część 1: Upadek z drabiny

Kilka dni przed długo wyczekiwanym urlopem Roman pojechał na firmowy wyjazd integracyjny do niewielkiego hotelu pod Łodzią. Od rana panował nieznośny upał, taki, przy którym człowiekowi nie chce się nawet ruszać ręką, a co dopiero nosić stoły, rozwieszać ozdoby i udawać, że wszystko robi z entuzjazmem.

Na hotelowym dziedzińcu szykowano letnie przyjęcie. Pracownicy ustawiali długie stoły, kelnerzy wynosili skrzynki z napojami, a na tarasie pojawiły się papierowe lampiony w kolorze żółtym, pomarańczowym i czerwonym. Ktoś rozplątywał girlandy świetlne, ktoś inny bezskutecznie próbował uruchomić głośnik, z którego co chwilę rozlegało się tylko głuche buczenie.

Roman od początku był w swoim żywiole. Krążył między ludźmi, żartował, wydawał nieproszone polecenia i zachowywał się tak, jakby to właśnie on odpowiadał za całą imprezę.

„Te stoliki trzeba przesunąć bardziej w lewo”, oznajmił, wskazując ręką. „Jak zacznie padać, wszyscy będą się tłoczyć pod daszkiem.”

„Nie zacznie padać”, odpowiedziała organizatorka. „Prognoza mówi, że będzie trzydzieści stopni do wieczora.”

„Prognoza prognozą. A ja swoje wiem. W kościach czuję.”

Dariusz, który stał obok z kartonem papierowych serwetek, parsknął śmiechem.

„Ty w kościach czujesz głównie zmianę pogody i zbliżającą się pięćdziesiątkę.”

Roman spojrzał na niego z udawanym oburzeniem.

„Do pięćdziesiątki mam jeszcze kawał czasu.”

„Jasne. Taki kawał, że już go prawie nie widać.”

Wszyscy się roześmiali, a Roman zamiast machnąć ręką, od razu postanowił udowodnić, że wciąż jest najmłodszy duchem. Kiedy administrator hotelu poprosił, żeby poczekać na pracownika technicznego z porządną drabiną, Roman spojrzał na wiszącą nad tarasem girlandę i pokręcił głową.

„Ile można czekać? Przecież to pięć minut roboty.”

„Ta drabinka jest niestabilna”, ostrzegła organizatorka. „Pan z obsługi zaraz przyjdzie.”

„Daj spokój. Nie takie rzeczy się robiło.”

Dariusz oparł się o balustradę i uniósł brwi.

„Roman. Po czterdziestym piątym roku życia człowiek powinien ostrożnie wstawać nawet z leżaka. Ty się lepiej zajmij serwetkami.”

Roman rozstawił niewielką składaną drabinę na trawniku przy tarasie. Jedna z nóg zapadła się trochę w miękką ziemię, ale on najwyraźniej tego nie zauważył. Chwycił girlandę, wszedł na drugi stopień, potem na trzeci i wyciągnął rękę w stronę drewnianej belki.

„Roman, zejdź”, powiedział Dariusz już bez śmiechu. „To się rusza.”

„Nic się nie rusza.”

Drabina zachwiała się wyraźnie.

„Właśnie się ruszyło.”

Roman zamiast zejść przesunął ciężar ciała jeszcze bardziej w bok. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby miał złapać równowagę. Potem zamachał rękami, wypuścił girlandę i zniknął w dekoracyjnych krzakach rosnących przy tarasie.

Rozległ się trzask gałęzi, brzęk przewróconej doniczki i krzyk Romana.

„Moja noga! O matko, moja noga!”

Dariusz podbiegł pierwszy. Roman leżał między krzewami hortensji z papierowym lampionem na głowie i miną człowieka, który właśnie cudem uniknął katastrofy lotniczej.

„Nie ruszaj mnie”, jęknął. „Chyba wszystko złamałem.”

„Wszystko, czyli co? Nogę, kolano, może biodro?”

„Roman, biodro masz po drugiej stronie.”

Pogotowie zabrało go do szpitala w Łodzi. Beata przyjechała tam niecałą godzinę później, zdenerwowana i spocona po drodze. Zastała męża na łóżku w izbie przyjęć. Roman miał nogę uniesioną na poduszce i patrzył w sufit z taką powagą, jakby lekarze właśnie walczyli o jego życie.

„Co się stało?”, zapytała, podchodząc bliżej.

„Spadłem. Było bardzo wysoko.”

Dariusz, który czekał obok, odchrząknął.

„Trzeci stopień.”

Roman rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.

Po badaniu i zdjęciu rentgenowskim lekarz wyjaśnił, że Roman złamał palec u nogi, mocno skręcił kostkę i stłukł kolano. Założył mu usztywnienie, dał specjalny but ortopedyczny i zalecił odpoczynek.

„Może pan chodzić po mieszkaniu”, powiedział lekarz. „Powoli, ostrożnie, bez przeciążania nogi. Nie powinien pan jednak leżeć bez ruchu przez cały dzień.”

Roman skrzywił się.

„Czyli będę potrzebował stałej opieki?”

„Nie. Będzie pan potrzebował zdrowego rozsądku.”

Część 2: Oczekiwania i decyzja

W drodze na salę Roman zaczął jednak zachowywać się tak, jakby nie usłyszał ostatniego zdania. Najpierw poprosił Beatę, żeby poprawiła mu poduszkę. Potem kazał podać wodę, choć butelka stała na stoliku tuż przy jego dłoni.

„Telefon mi przesuń”, powiedział po chwili.

Beata spojrzała na aparat leżący obok jego łokcia.

„Roman, masz go prawie pod ręką.”

„Ale musiałbym się wygiąć.”

„Lekarz powiedział, że możesz się ruszać.”

„Lekarz nie czuje tego, co ja.”

Beata westchnęła i usiadła na krześle. Przez chwilę milczała, próbując zebrać myśli.

„Za cztery dni lecimy na Majorkę.”

Roman odwrócił głowę.

„Chyba nie mówisz poważnie.”

„Zapłaciliśmy za ten wyjazd dwanaście tysięcy złotych. Odkładaliśmy prawie cały rok.”

„No i co z tego?”

„Roman. Lekarz powiedział, że możesz chodzić po mieszkaniu. Możemy zorganizować pomoc. Twoja mama może zajrzeć. Ja mogę przygotować jedzenie.”

„Ty możesz odwołać urlop.”

Beata spojrzała na niego uważnie.

„Naprawdę tego ode mnie oczekujesz?”

Roman uniósł się lekko na poduszkach i skrzywił, choć tym razem bardziej z urazy niż z bólu.

„Jestem twoim mężem. Naprawdę Majorka jest dla ciebie ważniejsza ode mnie?”

Beata nic nie odpowiedziała. Patrzyła na jego obrażoną twarz i nagle zrozumiała coś bardzo prostego. Roman ani razu nie powiedział, że mu przykro. Nie przeprosił za swoją brawurę, za zniszczone plany ani za pieniądze, które mogli stracić. Od początku mówił tylko o sobie.

Beata i Roman byli małżeństwem od trzynastu lat. Kiedy się poznali, Roman wydawał jej się człowiekiem, przy którym nie da się nudzić. Potrafił rozbawić całe towarzystwo, zagadać obcego człowieka w kolejce i w pięć minut zaprzyjaźnić się z kelnerem, mechanikiem albo sąsiadem z drugiego piętra. Beata była zupełnie inna. Spokojna, konkretna, zawsze przygotowana. Pracowała jako księgowa w prywatnej firmie i miała w głowie terminy, rachunki oraz numery polis lepiej niż inni własne urodziny. To ona pilnowała opłat za mieszkanie, odnawiała ubezpieczenie samochodu, umawiała ich do przychodni i pamiętała, kiedy kończy się przegląd techniczny.

Roman pracował jako sprzedawca w dużym sklepie z elektroniką. Klienci go lubili, bo potrafił przekonać człowieka, że bez nowego telewizora życie właściwie traci sens. Problem polegał na tym, że sam równie łatwo ulegał własnym argumentom.

Pewnego lata wrócił do domu z ogromnym grillem gazowym.

„Była promocja”, oznajmił z dumą.

Beata spojrzała najpierw na grilla, potem na ich niewielki balkon, na którym ledwo mieściły się dwa krzesła i skrzynka z pelargoniami.

„Roman, gdzie ty chcesz to postawić?”

„Na balkonie.”

„Na balkonie nie wolno grillować.”

„Ale ten jest nowoczesny.”

„Przepisy też są nowoczesne.”

Grill przez pół roku stał w piwnicy, aż Roman sprzedał go sąsiadowi z domem pod miastem. Oczywiście za połowę ceny.

Innym razem miał odebrać Beatę z dworca Łódź Fabryczna. Pociąg przyjechał wieczorem, padał deszcz, a ona przez pół godziny stała z walizką pod zadaszeniem. Roman nie odbierał telefonu. Kiedy wreszcie zadzwonił, w tle było słychać okrzyki kibiców.

„Beata, przepraszam, dogrywka była.”

„Roman, ja też mam dogrywkę. Z walizką i w deszczu.”

Takich historii było więcej. Drobnych, czasem zabawnych, czasem męczących. Beata zwykle przewracała oczami. Roman przepraszał, przynosił kwiaty albo sernik z cukierni i życie toczyło się dalej.

Tym razem jednak nie chodziło o grilla ani spóźnienie na dworzec.

Po powrocie ze szpitala Beata przez dwa dni organizowała wszystko, czego Roman mógł potrzebować. Kupiła leki, dodatkowy stabilizator i wygodniejszy but ortopedyczny. W aptece zostawiła prawie czterysta złotych. Ugotowała zupę, zrobiła zapas kanapek i rozpisała na kartce godziny przyjmowania tabletek. Znalazła też panią Teresę, która od kilku lat pomagała starszym osobom i ludziom po drobnych urazach. Miała przychodzić rano i wieczorem, podgrzewać jedzenie, robić zakupy, przypominać o lekach i w razie potrzeby pojechać z Romanem do przychodni.

Pani Teresa była energiczną kobietą po pięćdziesiątce. Już pierwszego dnia weszła do mieszkania, zdjęła sandały, rozejrzała się i zapytała:

„Gdzie jest pacjent?”

„Tutaj”, odezwał się Roman z kanapy tonem człowieka porzuconego na bezludnej wyspie. Noga spoczywała na dwóch poduszkach. Obok stała woda, telefon, talerz z kanapkami i pilot.

„Jak się pan czuje?”, zapytała pani Teresa.

„Tragicznie. Wszystko mnie boli.”

„Lekarz zalecił ruch.”

Roman zmarszczył brwi.

„Ostrożny ruch.”

„To dobrze. Ostrożny ruch też jest ruchem.”

Pół godziny później Beata usłyszała z salonu:

„Pani Tereso, poda mi pani pilota?”

„Leży pół metra od pana.”

„Ale musiałbym się wychylić.”

„Lekarz kazał ćwiczyć, więc zaczniemy od pilota.”

Beata odwróciła się do okna, żeby Roman nie zobaczył jej uśmiechu.

Znacznie mniej rozbawiona była Jadwiga. Matka Romana przyjechała tego samego popołudnia z garnkiem rosołu i miną kobiety, która właśnie odkryła upadek wszelkich rodzinnych wartości.

„Ty naprawdę zamierzasz lecieć?”, zapytała Beatę w kuchni.

„Jeszcze niczego nie zdecydowałam.”

„Nie ma czego decydować. Mąż jest chory.”

„Ma złamany palec i skręconą kostkę.”

„Dziś palec, jutro może być gorzej.”

„Co ma być gorzej?”

Jadwiga ściszyła głos.

„Sam sobie nawet herbaty nie zrobi.”

Z salonu dobiegł dźwięk otwieranej puszki. Beata spojrzała w tamtą stronę.

„Widzę, że napój potrafił sobie otworzyć.”

„To co innego.”

Wieczorem przyjechała Ewa. Przyniosła owoce, drożdżówkę i butelkę wina, którą postawiła na stole.

„No dobrze”, powiedziała. „Opowiadaj.”

Beata opowiedziała wszystko: o wymaganiach Romana, wyrzutach Jadwigi i własnym poczuciu winy.

„Może rzeczywiście powinnam zostać”, zakończyła cicho.

Ewa spojrzała na nią uważnie.

„Zostać po co?”

„Żeby mu pomóc.”

„Ma panią Teresę, matkę, leki, pełną lodówkę i telefon. Nie leży sam w lesie.”

„Ale jest moim mężem.”

„A ty jesteś jego żoną. Nie całodobową obsługą hotelową.”

Następnego dnia Beata zadzwoniła do biura podróży. Dowiedziała się, że część kosztów Romana przepadnie. Strata wyniesie prawie pięć tysięcy złotych. Zmiana danych na bilecie i dopisanie Ewy do rezerwacji miały kosztować jeszcze około tysiąc dwieście złotych.

Beata siedziała długo przy stole z kalkulatorem w dłoni. Bolała ją każda złotówka. Przez niemal rok rezygnowała z nowych ubrań, obiadów na mieście i weekendowych wyjazdów, żeby zobaczyć Majorkę. Roman nawet nie zapytał, ile mogą stracić.

Kiedy Ewa przyszła wieczorem, Beata przesunęła w jej stronę wydruk z biura podróży.

„Muszę tylko znać twoje dane do biletu.”

Ewa spojrzała na nią zaskoczona.

„To znaczy…”

Beata wzięła głęboki oddech.

„To znaczy, że lecimy razem.”

Część 3: Majorka

W dniu wyjazdu Beata obudziła się jeszcze przed budzikiem. Za oknem było ciemno, a blok na osiedlu wydawał się zupełnie cichy. Przez chwilę leżała bez ruchu, patrząc w sufit i zastanawiając się, czy naprawdę ma odwagę wstać, wziąć walizkę i pojechać na lotnisko.

Telefon leżał na szafce nocnej. Ekran świecił od nowych wiadomości. Roman napisał pierwszy:

„Nie mogłem spać. Noga pulsuje. Pani Teresa przyjdzie dopiero rano.”

Kilka minut później odezwała się Jadwiga:

„Beata, jeszcze możesz zmienić zdanie. Porządna żona siedziałaby teraz przy mężu i gotowała rosół, a nie pakowała kostium kąpielowy.”

Beata odłożyła telefon ekranem do dołu.

W kuchni Ewa robiła kawę i jadła kanapkę na stojąco. Nocowała u niej, żeby rano mogły razem pojechać do Warszawy.

„Wyglądasz, jakbyś szła na egzamin”, zauważyła.

„Trochę tak się czuję.”

„To łatwy egzamin. Pytanie brzmi: Czy masz paszport?”

„Mam.”

„Czy masz bilet?”

„Mam.”

„Czy Roman ma jedzenie, leki i pomoc?”

„Ma.”

„W takim razie zdałaś.”

Beata uśmiechnęła się słabo, ale napięcie nie zniknęło.

Do Warszawy pojechały wcześniej zamówionym samochodem. Kiedy mijały kolejne zjazdy i stacje benzynowe, telefon Beaty wibrował prawie bez przerwy. Roman dzwonił trzy razy, Jadwiga dwa. Potem znów Roman. W końcu Beata odebrała.

„Co się stało?”

„Pani Teresa kazała mi samemu dojść do kuchni.”

„Lekarz też ci to zalecił.”

„Ale ona stoi i patrzy, jak się męczę.”

W tle dało się słyszeć głos pani Teresy:

„Panie Romanie, trzy metry to nie wyprawa w Himalaje.”

Ewa zakryła usta dłonią, żeby się nie roześmiać.

„Roman, naprawdę muszę kończyć. Jesteśmy w drodze.”

„To znaczy, że jednak jedziesz.”

Beata przez moment milczała.

„Tak. Jadę.”

Rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć.

Na lotnisku było tłoczno. Ludzie ciągnęli walizki, dzieci biegały między krzesłami, a z kawiarni pachniało kawą i ciepłymi rogalikami. Beata patrzyła na tablicę odlotów i czuła, że serce bije jej za szybko.

Przy kontroli bezpieczeństwa przyszła kolejna wiadomość od Romana:

„Jestem za słaby, żeby zrobić sobie herbatę.”

Beata przeczytała ją dwa razy. Niespełna dziesięć minut później aplikacja bankowa wysłała powiadomienie o płatności kartą. Roman zamówił pizzę, pierogi, deser i napój za prawie sto dwadzieścia złotych.

Ewa zerknęła na ekran.

„Biedny człowiek. Na herbatę nie ma siły, ale zamówienie w restauracji złożył bez problemu.”

Beata parsknęła śmiechem. Był to pierwszy szczery śmiech od kilku dni.

Kiedy samolot oderwał się od ziemi, ścisnęła podłokietnik. Nie bała się lotu. Bała się tego, co będzie po powrocie – rozmów, oskarżeń i tego chłodnego spojrzenia Jadwigi.

„Wyłącz telefon”, powiedziała Ewa. „Świat się nie zawali.”

Beata zrobiła to dopiero wtedy, gdy samolot znalazł się wysoko nad chmurami.

Majorka przywitała je ciepłym powietrzem, zapachem morza i ostrym słońcem. W drodze z lotniska Beata patrzyła przez okno na palmy, jasne domy i wzgórza. Wszystko wyglądało pięknie. Ale ona nie potrafiła się tym cieszyć.

W hotelu pierwsze, co zrobiła, to włączyła telefon. Czekało na nią kilkanaście wiadomości. Jadwiga pisała, że Roman źle wygląda. Roman twierdził, że pani Teresa jest bez serca. Pani Teresa wysłała tylko jedno krótkie zdanie:

„Pan Roman zjadł obiad, wziął leki i sam doszedł do łazienki. Wszystko jest w porządku.”

Beata przeczytała wiadomość kilka razy.

Przez następne dni chodziła z Ewą po Palmie, oglądała katedrę, siadała w małych kawiarniach i patrzyła na morze. Pojechały też do niewielkich miejscowości nad wybrzeżem, gdzie białe łodzie kołysały się w porcie, a starsi ludzie siedzieli przy stolikach i rozmawiali bez pośpiechu. Ewa potrafiła cieszyć się każdą chwilą. Zatrzymywała się przy straganach, próbowała lokalnych wypieków i robiła zdjęcia balkonów pełnych kwiatów. Beata wciąż sprawdzała telefon.

„Możesz go schować chociaż na godzinę?”, zapytała Ewa trzeciego dnia.

„A jeśli coś się stanie?”

„Gdyby coś się stało, pani Teresa zadzwoniłaby. Roman pisze głównie wtedy, kiedy skończy mu się cierpliwość, nie zdrowie.”

Część 4: Rozmowa i przełom

Czwartego dnia Beata usiadła na balkonie hotelowego pokoju i włączyła rozmowę wideo. Roman odebrał od razu. Był nieogolony, siedział na kanapie z nogą na poduszce i wyglądał na obrażonego.

„No wreszcie”, powiedział. „Kiedy wracasz?”

Nie zapytał, jak minął lot. Nie zapytał, czy hotel jest wygodny, ani czy Beata dobrze się czuje.

„Za kilka dni. Zgodnie z planem.”

Roman westchnął ciężko.

„Ona jest strasznie surowa. Kazała mi samemu dojść do łazienki.”

„Lekarz też kazał ci chodzić.”

„Ale ty zrobiłabyś to inaczej.”

„Czyli jak?”

„Pomogłabyś mi.”

Beata spojrzała za siebie. Za balkonem błyszczało morze, a z ulicy dochodził gwar ludzi wracających z plaży.

„Roman, ja pomagałam ci przez trzynaście lat.”

„Co to ma znaczyć?”

„To znaczy, że załatwiałam rachunki, lekarzy, ubezpieczenia, naprawy i wszystkie problemy, których ty nie chciałeś dotykać, nawet kiedy to ty je powodowałeś.”

„Przesadzasz.”

„Nie. Po prostu pierwszy raz mówię to głośno.”

Roman poprawił się na kanapie.

„Jestem kontuzjowany, a ty robisz ze mnie potwora.”

„Nie robię z ciebie potwora. Mówię tylko, że jestem zmęczona byciem dla ciebie żoną, matką, sekretarką i całodobowym pogotowiem.”

Po drugiej stronie zapadła cisza. Roman patrzył na ekran, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. Beata poczuła, że drżą jej dłonie, ale mówiła dalej spokojnie.

„Najgorsze jest to, Roman, że tutaj pierwszy raz od wielu lat naprawdę spokojnie oddycham.”

Po rozmowie z Romanem Beata długo siedziała na balkonie. Telefon leżał obok niej ekranem do dołu, a ona patrzyła na morze i próbowała uspokoić oddech. Wypowiedziała wreszcie na głos coś, co od lat krążyło jej po głowie. Nie było już odwrotu. Roman usłyszał, że problem nie zaczął się od upadku z drabiny. Ten upadek tylko odsłonił wszystko, co wcześniej dało się przykryć żartem, zmęczeniem albo kolejnym „jakoś to będzie”.

Następnego ranka Beata i Ewa pojechały autobusem do niewielkiego miasteczka na wybrzeżu. Usiadły w kawiarni przy porcie, gdzie podawano mocną kawę i ciasto migdałowe. Przy stoliku obok siedziała starsza kobieta w słomkowym kapeluszu. Miała przed sobą mapę, okulary w czerwonych oprawkach i zeszyt pełen odręcznych notatek. Kiedy kelner postawił przed nią rachunek, kobieta spojrzała na drobny druk i westchnęła po polsku:

„No pięknie. Człowiek przeżył podwyżki, kolejki i reformy emerytalne, a pokona go kawa za cztery euro.”

Beata i Ewa roześmiały się. Tak zaczęła się rozmowa. Kobieta przedstawiła się jako pani Krystyna. Mieszkała w Toruniu i od trzech lat podróżowała sama.

„Dzieci mówią, że zwariowałam”, opowiadała, mieszając kawę. „Syn chciał mi nawet kupić opaskę z lokalizatorem, żebym się nie zgubiła. Powiedziałam mu, że przez czterdzieści lat znajdowałam jego skarpetki, więc drogę do hotelu też znajdę.”

Ewa od razu ją polubiła. Beata początkowo tylko słuchała, ale po chwili sama zaczęła zadawać pytania.

„Nie bała się pani pierwszej podróży?”

„Oczywiście, że się bałam. Pół nocy sprawdzałam, czy paszport leży w torebce. A potem pomyślałam, że przez całe życie też się czegoś bałam: że dzieci zachorują, że mąż straci pracę, że zabraknie pieniędzy, że ktoś będzie niezadowolony.”

Pani Krystyna poprawiła kapelusz.

„Przez lata uważałam, że dobra żona i matka musi wszystkich ratować. Syn spóźnił się z rachunkiem – płaciłam. Mąż zapomniał o badaniach – umawiałam. Córka pokłóciła się z narzeczonym – nie spałam pół nocy razem z nią. Tylko nikt nie pytał, czego potrzebuję ja.”

Beata poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle.

„I co się zmieniło?”

„Ja się zmieniłam. Zrozumiałam, że można kochać ludzi i jednocześnie nie sprzątać po każdej ich decyzji. Dobra kobieta nie musi być kobietą, która znosi wszystko.”

Te słowa zostały z Beatą na resztę dnia.

Wieczorem siedziała z Ewą na kamiennym murku nad morzem. Fale rozbijały się o skały, a słońce powoli znikało za horyzontem.

„Myślisz, że przesadzam?”, zapytała Beata.

„Nie wiem”, odpowiedziała Ewa. „I właśnie dlatego nie będę ci mówiła, co masz zrobić.”

Beata spojrzała na nią zaskoczona.

„Myślałam, że każesz mi od niego odejść.”

„Mogę powiedzieć, co widzę. Widzę, że jesteś zmęczona. Widzę, że Roman od lat przyzwyczajał cię do ratowania go. Ale decyzja musi być twoja. Inaczej za pół roku obwinisz mnie.”

„Bardzo wspierające.”

„Staram się być mądrą przyjaciółką, ale to okropnie wyczerpujące.”

Obie się uśmiechnęły.

Następnego dnia Roman zadzwonił. Tym razem mówił łagodniej.

„Beata, dużo myślałem”, zaczął. „Naprawdę się zmienię.”

„Co dokładnie zmienisz?”

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

„No… wszystko. Będę bardziej uważał.”

„Roman, dlaczego spadłeś?”

„Bo ta drabina była beznadziejna. Mówiłem, że jedna noga stała krzywo.”

„Administrator prosił, żebyś na nią nie wchodził.”

„Ale gdyby Dariusz mnie nie podpuszczał…”

„Dariusz nie wszedł na drabinę za ciebie.”

Roman westchnął.

„Ta ziemia była miękka. Hotel powinien to zabezpieczyć.”

Beata zamknęła oczy. Znów to samo. Winny był Dariusz, drabina, hotel, trawnik i cały świat – tylko nie Roman.

„Właśnie dlatego nie mogę wrócić do tego, co było”, powiedziała.

„Co to znaczy?”

„Po powrocie chcę zamieszkać osobno.”

Roman zamilkł.

„Chcesz rozwodu?”

„Nie powiedziałam tego. Powiedziałam, że potrzebuję czasu i przestrzeni. Jeśli mamy ratować małżeństwo, pójdziemy na terapię dla par.”

„Do psychologa? Przecież nie jesteśmy wariatami.”

„Terapia nie jest dla wariatów. Jest dla ludzi, którzy sami nie potrafią już rozmawiać.”

„Beata, robisz wielką sprawę z jednego głupiego wypadku.”

„Nie robię wielkiej sprawy z trzynastu lat, podczas których twoje problemy zawsze stawały się moimi obowiązkami.”

Roman próbował jeszcze protestować, ale Beata zakończyła rozmowę spokojnie.

Ostatniego dnia poszła z Ewą na mały targ w Palmie. W jednym ze stoisk zobaczyła delikatny srebrny wisiorek w kształcie muszli. Nie był drogi ani szczególnie ozdobny, ale spodobał jej się od razu.

„Kupujesz pamiątkę?”, zapytała Ewa.

„Raczej przypomnienie.”

„Czego?”

Beata zapięła łańcuszek na szyi.

„Że moje życie nie składa się tylko z pracy, rachunków i ratowania innych.”

Część 5: Powrót i nowa granica

Wieczorem zaczęły pakować walizki. Beata składała ubrania. Kiedy telefon zawibrował, wiadomość była od Romana:

„Musimy porozmawiać. Tym razem naprawdę.”

Łódź przywitała Beatę szarym niebem i drobnym deszczem. Po kilku dniach pełnych słońca, palm i zapachu morza miasto wydawało się wyjątkowo ciche. Ewa pojechała prosto do siebie, a Beata zamówiła taksówkę i przez całą drogę patrzyła przez okno. Nie bała się już samej rozmowy z Romanem. Bała się raczej tego, że w mieszkaniu wrócą wszystkie dawne odruchy, że zobaczy jego cierpiącą minę, usłyszy ciężkie westchnienie i znów zacznie zastanawiać się, czy nie przesadza.

Dlatego jeszcze przed wejściem do bloku dotknęła srebrnego wisiorka na szyi. Miała pamiętać, po co wróciła.

Gdy otworzyła drzwi, od razu poczuła zapach rosołu. W przedpokoju stały buty Jadwigi, a z salonu dochodził głos telewizora. Roman siedział w fotelu z nogą opartą na pufie. Obok leżała jedna kula, choć lekarz pozwolił mu już poruszać się z laską. Na widok Beaty wyprostował się, a potem natychmiast skrzywił i wypuścił powietrze tak głośno, jakby samo siedzenie sprawiało mu ogromny ból.

„Wróciłaś”, powiedział.

„Wróciłam.”

Jadwiga wyszła z kuchni z chochlą w dłoni.

„No proszę. Opalona, wypoczęta, a Roman przez cały ten czas męczył się tutaj.”

Beata zdjęła buty i odłożyła torebkę.

„Dzień dobry, Jadwigo.”

„Ja bym na twoim miejscu najpierw przeprosiła męża.”

Beata spojrzała na Romana.

„Za co?”

Jadwiga aż otworzyła usta.

„Jak to za co? Zostawiłaś chorego człowieka i poleciałaś na wakacje.”

„Roman miał panią Teresę, lekarza, leki, pełną lodówkę i ciebie.”

„Matka nie zastąpi żony.”

„Żona też nie powinna zastępować pielęgniarki, kucharki i całej administracji.”

Roman poruszył się nerwowo.

„Nie zaczynajmy od kłótni.”

„Nie przyjechałam się kłócić.”

Beata weszła do sypialni i wyjęła z szafy średnią walizkę. Zaczęła spokojnie składać ubrania. Roman pojawił się w drzwiach po kilku minutach. Szedł z laską, powoli, ale znacznie sprawniej, niż Beata się spodziewała.

„Co ty robisz?”

„Pakuję kilka rzeczy.”

„Po co?”

„Wynajęłam małe mieszkanie niedaleko pracy. Na razie tam zamieszkam.”

Roman zbladł.

„Mówiłaś to na Majorce, ale myślałem, że byłaś zdenerwowana.”

„Byłam spokojniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.”

„Jak możesz odchodzić, kiedy nadal jestem chory?”

Beata odłożyła sweter i spojrzała mu prosto w oczy.

„Nie jesteś sam. Masz pomoc i potrafisz już o siebie zadbać.”

„Ledwo chodzę.”

„Chodzisz. Byłeś w przychodni, sam dochodzisz do kuchni i łazienki, a zakupy robisz przez telefon.”

Roman zacisnął usta.

„Czyli co? Teraz mnie ukarzesz?”

„To nie jest kara. Potrzebuję odległości, żebyśmy oboje zobaczyli, jak chcemy dalej żyć.”

„Ja wiem, jak chcę. Chcę, żeby wszystko wróciło do normy.”

„Właśnie do tej normy nie chcę wracać.”

Jadwiga stanęła za Romanem.

„On naprawdę jest bezradny. Wiesz, ile ja się przy nim narobiłam?”

W tej samej chwili zadzwonił domofon. Roman spojrzał na ekran telefonu i nagle wyraźnie się ożywił.

„To kurier.”

„Co zamówiłeś?”, zapytała Beata.

„Nic ważnego.”

Roman ruszył do drzwi zaskakująco żwawym krokiem. Oparł laskę o ścianę, otworzył i po chwili rozmawiał z kurierem o dużym kartonie.

„Ostrożnie. To ekspres”, powiedział. „Proszę postawić tutaj.”

Sam przesunął pudło nogą, pochylił się i sprawdził naklejkę. Beata patrzyła na niego bez słowa.

„Ile to kosztowało?”, zapytała.

Roman odchrząknął.

„Była promocja. Niecałe dwa tysiące złotych.”

Beata uniosła brwi.

„No proszę. Po szklankę wody nie mogłeś wstać, ale po ekspres od razu lepiej działa.”

Jadwiga odwróciła wzrok. Roman po raz pierwszy nie znalazł odpowiedzi.

Beata wróciła do sypialni i zapięła walizkę. Roman wszedł za nią, tym razem bez teatralnego wzdychania.

„Co mam zrobić, żebyś została?”

„Nie chcę obietnic składanych tylko dlatego, że pakuję walizkę.”

„To czego chcesz?”

„Żebyś przyznał, że sam doprowadziłeś do tego wypadku. Żebyś przestał obwiniać Dariusza, drabinę, hotel i ziemię. I żebyś zgodził się na terapię dla par.”

Roman przez dłuższą chwilę milczał.

„Nie lubię psychologów.”

„Nie musisz ich lubić.”

„A jeśli się zgodzę, wrócisz?”

„Nie wiem. Najpierw muszę zobaczyć zmianę, nie usłyszeć kolejną obietnicę.”

Roman oparł się o framugę. Z jego twarzy zniknęła obrażona mina.

„To była moja wina”, powiedział w końcu. „Nikt mnie nie zmuszał. Chciałem się popisać i nie pomyślałem o tobie ani o naszym wyjeździe.”

Beata nic nie mówiła.

„Przepraszam”, dodał. „Naprawdę. Nie za to, że poleciałaś. Za to, że przez tyle lat zakładałem, że zawsze wszystko załatwisz.”

To były pierwsze słowa Romana, które nie zawierały żądania ani usprawiedliwienia. Beata skinęła głową.

„Przyjmuję przeprosiny.”

Roman spojrzał na walizkę.

„Ale i tak jedziesz.”

„Tak. Bo teraz musisz pokazać, że potrafisz coś zmienić także wtedy, kiedy mnie nie ma obok.”

Wzięła walizkę i ruszyła do drzwi. Jadwiga milczała, a Roman nie próbował jej zatrzymać.

Beata nie wiedziała, czy ich małżeństwo przetrwa. Być może terapia im pomoże. Być może każdy z nich pójdzie własną drogą. Po raz pierwszy jednak nie chciała podejmować decyzji pod wpływem litości, strachu ani poczucia winy.

Wiedziała tylko jedno. Wspieranie bliskiej osoby jest ważne. Istnieje jednak granica między pomocą a przeżywaniem życia za kogoś.

A ona właśnie tę granicę postawiła.