„Jadę do Grecji.” Te słowa wypowiedziałam spokojnie, stojąc w przedpokoju z granatową walizką w ręku. Mój mąż przez cały tydzień był pewny, że w sobotę pojedziemy na działkę, gdzie on będzie łowił…

„Jadę do Grecji." Te słowa wypowiedziałam spokojnie, stojąc w przedpokoju z granatową walizką w ręku. Mój mąż przez cały tydzień był pewny, że w sobotę pojedziemy na działkę, gdzie on będzie łowił...

Kazik odsunął kubek z herbatą, jakby ktoś wlał mu do środka ocet zamiast cytryny. „Ty siebie w ogóle słyszysz? Grecja? ” Sabina stała przy kuchennym blacie, mieszając zupę, która już dawno nie potrzebowała mieszania.

Thumbnail

Za oknem wisiało ciężkie czerwcowe powietrze, z dołu dobiegał stukot dziecięcego rowerka. „Kazik, ja nie mówię o żadnych luksusach. Znalazłam tani last minute. Trzy gwiazdki, śniadania.

Po prostu ciepłe morze, trochę słońca, kawa wypita bez pośpiechu. Żebym przez chwilę nie musiała gotować, sprzątać i słuchać: Sabina, podaj. Sabina, przynieś. ”

Kazik parsknął, bardziej prychnął niż się zaśmiał.

„No pięknie. Człowiek całe życie pracuje, a żonie się Grecja zachciała. Może jeszcze kelner z tacą? ” Rozsiadł się przy stole z miną człowieka, który będzie tłumaczył rzeczy oczywiste komuś wyjątkowo nierozsądnemu.

„Normalni ludzie odpoczywają na działce. Świeże powietrze, jezioro niedaleko. Wezmę wędkę. A nie jakieś lotniska, hotele.

Po co? Żeby się smażyć jak kotlet? ”

Sabina spojrzała na niego krótko. „Ty sobie posiedzisz nad wodą.

A ja? Przy zlewie w altance. ”

„O, znowu zaczynasz” – machnął ręką. „Przecież na działce też jest przyjemnie.

Grządki podlać, w altance zamieść, obiad prosty zrobić. Co to za wielka filozofia? ”

Sabina poczuła, jak coś w niej cicho trzeszczy. Znała ten scenariusz na pamięć.

Trzy lata temu nie było czasu na wyjazdy, bo trzeba było dopłacić do czynszu. Dwa lata temu zepsuł się samochód. Rok temu działka wymagała nowego ogrodzenia. A teraz przyszła kolej na dach altanki, rynnę, deski i oczywiście ryby.

„Dach w altance przecieka” – ciągnął Kazik, już całkiem rozkręcony. „Rynnę trzeba wymienić, składki wędkarskie opłacić. Zanęty mi się kończą, kołowrotek przeskakuje. Ty myślisz, że to wszystko za darmo?

Sabina odłożyła łyżkę bardzo powoli. Jego deski były potrzebne. Jego farba, kołowrotek, krzesełko wędkarskie, pozwolenia, paliwo. Wszystko było rozsądne, praktyczne, męskie.

A jej kilka dni nad ciepłym morzem to fanaberia. „Ja chciałam tylko odpocząć” – powiedziała cicho. „To odpoczniesz. W sobotę pojedziemy z samego rana.

Ja skoczę nad jezioro, a ty w tym czasie spokojnie ogarniesz altankę. Potem grilla rozpalisz. Będzie jak w sanatorium. ”

Sabina prawie się uśmiechnęła.

Jak w sanatorium, tylko bez nikogo, kto podałby jej choćby herbatę. Widziała już tę sobotę jak stary film: ona z siatkami z Biedronki, on z wędkami dumny i zadowolony, ona przy kuchence w altance, on nad wodą z telefonem wyciszonym. „Postanowione” – powiedział Kazik, dopijając herbatę. „W sobotę działka.

Tylko zrób listę i nie wymyślaj już z tą Grecją. ”

Wstał, poklepał ją po ramieniu i poszedł włączyć telewizor. Sabina została sama w kuchni. Na lodówce wisiała kartka: lista na działkę.

Chleb, kiełbasa, woda, płyn do naczyń, worki, coś na komary. Patrzyła na nią długo. Potem zdjęła magnes, zmięła papier w ciasną kulkę i wrzuciła do kosza pod zlewem. „Dobrze, Kazik” – szepnęła.

„Skoro tak chcesz. ”

Przez cały tydzień była spokojna. Tak spokojna, że Kazik aż puchł z zadowolenia. Nie pytała o Grecję, nie wzdychała przy reklamach wakacji, nie robiła miny, kiedy rozkładał na stole swoje wędkarskie skarby.

„No i widzisz, Sabina” – mówił w środę, przewijając żyłkę. „Jak człowiek ochłonie, to od razu inaczej myśli. Na działce odpoczniemy, zobaczysz. Rano skoczę na ryby, potem dach obejrzę.

Grilla rozpali się. Po co komu więcej? ”

Sabina kroiła chleb i tylko kiwnęła głową. Kazik wziął jej milczenie za zgodę.

Przez lata nauczył się słyszeć w ciszy to, co było mu wygodne. W sobotę budzik zadzwonił o szóstej. Kazik zerwał się pierwszy, jakby jechał na własny ślub. W przedpokoju przestawiał wiadro, wędki i reklamówki, robiąc tyle hałasu, że obudziłby pół bloku.

„Sabina, wstawaj! Herbata się robi. No szybciej, bo nie będę stał na wylotówce. ”

Sabina otworzyła oczy.

Przez chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Potem wstała, wzięła prysznic, ułożyła włosy, nałożyła lekki makijaż. Włożyła jasne spodnie, bluzkę w kolorze dojrzałej moreli i wygodne sandały, które kupiła wiosną i schowała na dnie szafy. W przedpokoju stała walizka.

Nieduża, granatowa, z przywiązaną kolorową wstążką przy rączce. Kazik właśnie podnosił wiadro, kiedy ją zobaczył. „A ty co? Na działkę w takich spodniach?

I co to za walizka? Mówiłem, że rzeczy trzeba w torby spakować. ”

W tej samej chwili zadzwonił telefon. Na ekranie pojawiło się imię Klaudii.

Sabina odebrała. „Już schodzę” – powiedziała spokojnie. Kazik znieruchomiał. „Jak to schodzisz?

Dokąd schodzisz? ”

Sabina wsunęła telefon do torebki, chwyciła rączkę walizki i spojrzała na niego bez drżenia, bez łez, bez przepraszania. „Kazik, ja nie jadę na działkę. Jadę do Grecji z Klaudią.

Kazik patrzył na nią, jakby powiedziała do niego w obcym języku. „Do Grecji? Z Klaudią? Ty chyba zwariowałaś.

” Wiadro stuknęło o podłogę, pokrowiec z wędkami osunął mu się z ramienia. Głos mu się podnosił. „Grecja teraz, kiedy dach cieknie, kiedy działka sama się nie zrobi? Nie wierzę.

Za czyje pieniądze? Własna żona pieniądze przed mężem chowa? ”

Stary scenariusz ruszył sam. Najpierw oburzenie, potem wielkie słowa o domu, małżeństwie i o tym, co ludzie powiedzą.

Kiedyś Sabina zaczęłaby się tłumaczyć, przepraszać, obiecywać, że nigdzie nie pojedzie. Ale nie dziś. Wyjęła telefon i otworzyła notatki. „Kazik, ja też umiem liczyć.

„Co ty tam znowu wymyśliłaś? ”

„Nic. Policzyłam twój tani odpoczynek. ” Zamilkł, bo tego się nie spodziewał.

„Nowy kołowrotek – 450. Kurtka przeciwdeszczowa – 700. Buty – 500. Zanęty, haczyki, żyłki, przynęty – 600.

Składki i pozwolenia – 350. Paliwo na działkę i nad jezioro – ponad 1000. Deski, farba, grill, narzędzia – około 800. Razem prawie 6000 złotych.

Otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć. „Moja Grecja kosztowała 3000″ – dokończyła Sabina. „I nagle to ja jestem rozrzutna. ”

„Ale to co innego.

To są rzeczy potrzebne. ”

„Właśnie. Twoje wydatki zawsze są potrzebne. Twoja działka to inwestycja.

Twoje ryby to odpoczynek. A moje kilka dni nad morzem to fanaberia. ”

„Sabina, nie rób scen. ”

Uśmiechnęła się krótko.

„Ja właśnie pierwszy raz nie robię sceny. Ja wychodzę. ”

Z dołu dobiegł krótki dźwięk klaksonu. Klaudia czekała.

Sabina poprawiła pasek torebki. „Zupa jest w lodówce. Rachunki w segregatorze. Na działkę możesz jechać sam.

Dasz radę, Kazik. Zawsze mówisz, że jesteś zaradny. ”

„Ty jeszcze zadzwonisz” – syknął. „Zobaczysz.

Będziesz płakać, że ci tęskno. A ja wtedy nie wiem, czy odbiorę. ”

Sabina chwyciła walizkę. „To się zastanowisz.

„Co ludzie powiedzą? ” – rzucił już słabiej. Odwróciła się przy drzwiach. „Może wreszcie powiedzą, że pojechałam na urlop.

” I wyszła. Drzwi zamknęły się cicho, bez trzasku, bez krzyku. I właśnie to Kazika rozsierdziło najbardziej. Gdyby trzasnęła, mógłby nazwać ją histeryczką.

Gdyby płakała, mógłby być wielkoduszny. A ona po prostu wyszła jak ktoś, kto podjął decyzję. Przez pierwsze minuty chodził po mieszkaniu, mamrocząc pod nosem. Potem pojechał na działkę.

Sam. Zrobił to z takim uporem, jakby chciał udowodnić całemu światu, że Sabina nie jest mu potrzebna. Ale już po drodze coś było nie tak. Nikt nie podał mu kanapek, nikt nie przypomniał o czapce.

Na stacji kupił drożdżówkę i kawę z automatu za cenę, która wykrzywiła mu twarz. Nad jeziorem ryby brały słabo. Telefon leżał obok. Co chwilę sprawdzał ekran.

Nic. Żadnej wiadomości, żadnego „przepraszam”. Wieczorem przyszedł deszcz. Najpierw drobny, potem cięższy.

I wreszcie z dachu altanki zaczęło kapać. Kap. Kap. Kap.

Prosto na fotel, w którym lubił siedzieć i mówić, że na łonie natury od razu inaczej się oddycha. Komary cięły, bluza była wilgotna, a w telefonie wciąż cisza. Następnego dnia przy furtce pojawiła się pani Zosia z działki obok. „Panie Kaziku, a gdzie pani Sabina?

Bo tak cicho u was. Myślałam, że może chora. ”

„Wyjechała w ważnej sprawie” – odchrząknął. Pani Zosia popatrzyła na niego za uważnie.

„Aha. W ważnej sprawie. Dobra kobieta z tej pańskiej Sabiny. Zawsze dzień dobry powie, pomoże, uśmiechnie się.

Takich kobiet człowiek czasem nie widzi, jak są obok. Dopiero potem zaczyna się za nimi rozglądać. ”

Postawiła miskę truskawek na płocie i odeszła, zanim zdążył odpowiedzieć. Kazik wrócił do altanki.

Usiadł między miską pod cieknącym dachem a stertą brudnych naczyń. Patrzył na wędki, na grill, na narzędzia. I pierwszy raz przyszła mu do głowy myśl tak niewygodna, że aż się skrzywił. On przez lata uważał się za gospodarza, który trzyma wszystko w ręku.

A może po prostu siedział wygodnie, bo Sabina cały czas trzymała mu pod plecami poduszkę. Na krecie pierwszego dnia Sabina wezwała się jak po cienkim lodzie. Hotel był niewielki, czysty, z białymi ścianami i balkonem, z którego między dachami widać było kawałek morza. Klaudia od razu otworzyła balkon.

„Boże, Sabina, czujesz? To jest urlop. Prawdziwy urlop. ”

Sabina uśmiechnęła się, ale ręka sama powędrowała do telefonu.

Czy Kazik zjadł? Czy wziął tabletki? Czy nie zostawił gazu w altance? „Nawet nie próbuj” – powiedziała Klaudia znad okularów przeciwsłonecznych.

„Ty nie uciekłaś, Sabina. Ty pierwszy raz od lat pojechałaś na urlop. Kazik jest dorosłym chłopem. Jak zgłodnieje, znajdzie lodówkę.

Jak mu coś kapie na głowę, może wreszcie zauważy dach. ”

Sabina chciała zaprotestować, ale to była prawda. Prosta, prawie bezczelna w swojej prostocie. Pierwszego wieczoru jeszcze zerkała na telefon.

Nie było żadnych wiadomości. Albo Kazik udawał dumnego, albo naprawdę był zajęty udowadnianiem sobie, że poradzi bez niej. Drugiego dnia poszły na plażę. Morze było ciepłe, przejrzyste.

Sabina weszła do wody powoli, ostrożnie, jakby pytała samą siebie, czy jej wolno. A potem fala dotknęła jej kolan i coś w niej odpuściło. Nikt nie wołał, że za długo siedzi. Nikt nie mówił, że słońce za mocne.

Nikt nie pytał, co będzie na obiad. Dzień należał do niej. Piły kawę przy porcie, małą, mocną. Jadły sałatkę grecką, a Sabina nie musiała jej kroić ani przyprawiać.

Klaudia zamówiła deser, a Sabina przez sekundę chciała powiedzieć „po co, szkoda pieniędzy”. Ale ugryzła się w język. „Bierzemy” – powiedziała. Klaudia aż klasnęła.

Wieczorem siedziały przy małej tawernie. Nad wodą zapalały się światła, ktoś grał cicho na gitarze. Sabina patrzyła na zachód słońca i nagle przyszła jej do głowy myśl tak straszna, że wstrzymała oddech. Ona nie tęskniła.

Nie chciała wracać wcześniej. Było jej dobrze, spokojnie, lekko. „Co taka zamyślona? ” – spytała Klaudia.

„Nic. Po prostu dawno nie było mi tak cicho w środku. ”

Klaudia położyła dłoń na jej ręce. „To zapamiętaj to sobie.

Sabina zapamiętała. Kiedy wróciły do Polski, na lotnisku w Katowicach uderzyło ją chłodniejsze powietrze i gwar ludzi. Kazik stał przy wyjściu z bukietem. Róże były owinięte w folię z supermarketu, przywiędłe na brzegach.

On sam wyglądał niewyraźnie: twarz szara, koszula pomięta, włosy przyklapnięte, jak ktoś, kto przez tydzień więcej myślał, niż mówił. Sabina wyszła z walizką. Opalona, wypoczęta, w lekkiej sukience. Wyglądała jak kobieta, która wreszcie przespała kilka nocy bez napięcia.

„Sabina, dałaś czadu” – powiedział Kazik, ściskając bukiet w obu rękach, jakby nie wiedział, czy ma go wręczyć, czy się nim zasłonić. „Cześć, Kazik” – odpowiedziała spokojnie i przyjęła kwiaty. „Zamówiłeś taksówkę? ”

W domu było do przeżycia.

W zlewie stały kubki i garnek z czymś zaschniętym, na stole piętrzyły się reklamówki i rachunki. Kazik krzątał się nerwowo. „Ja trochę ogarnąłem, ale wiesz, praca, działka, deszcz… ”

„Kazik” – przerwała mu.

„Ja nie będę się kłócić. Mam za dobry humor. ” Zamilkł od razu. Odstawiła walizkę i usiadła przy stole.

„Ustalimy teraz kilka rzeczy. ”

„Jakich rzeczy? ”

„Po pierwsze, urlop to urlop. W przyszłym roku jedziemy normalnie.

Jeśli odłożysz swoją połowę, zaczynasz od następnej wypłaty. Jeśli nie odłożysz, jadę z Klaudią albo sama. I już wiem, że sobie poradzę. ”

Otworzył usta, ale tylko wypuścił powietrze.

„Po drugie, działka nie jest moim obowiązkiem. Będę tam jeździć, kiedy będę chciała posiedzieć z kawą i poczytać książkę. Nie po to, żeby pracować za dwoje, kiedy ty siedzisz nad wodą. ”

Spuścił wzrok.

„Po trzecie, ryby to twoje hobby, nie rodzinna konieczność. Wędki, składki, paliwo – proszę bardzo. Ale nie kosztem mojego życia i moich marzeń. ”

„Sabina, ale altanka…

„Po czwarte” – weszła mu w słowo. „Jeśli altanka cieknie, znajdź fachowca. Sprzedaj jeden kołowrotek. Pożycz od kolegi.

Ale ja nie będę już płaciła swoim odpoczynkiem za twój święty spokój. ”

Kazik siedział cicho. Ten brak sprzeciwu był dziwniejszy niż każda awantura. Po chwili podrapał się po karku.

„To może ziemniaczki bym usmażył. Coś zjemy. ”

Sabina spojrzała na niego tylko raz. Spokojnie, bez krzyku.

Ale w tym spojrzeniu było i morze, i lotnisko, i granatowa walizka stojąca wciąż nierozpakowana w przedpokoju. Kazik od razu sięgnął po telefon. „Dobra, zamówię coś chińskie. Może być?

„Może. ”

Kiedy zamknęła za sobą drzwi łazienki i odkręciła wodę, oparła się o umywalkę i cicho się roześmiała. Nie przeciwko niemu. Dla siebie.

Bo wiedziała już jedno. Następna podróż będzie z Kazikiem, z Klaudią albo sama. Ale bilet do nowego życia Sabina już miała w kieszeni.