„OCZKO” – BOSS SZCZECINA • MAFIA z Wybrzeża • część 1 • GRUPA Z ULICY ŻABIEJ • POLSKA MAFIA

Kilka dziesiątek samochodów i dwa busy pełne ludzi z Warszawy sunęły w stronę Szczecina. Nie jechali na spotkanie biznesowe. Według relacji część była uzbrojona, a ich zadanie było proste: przypomnieć miejscowym gangsterom, kto naprawdę rozdaje karty.

W Szczecinie wybuchł bunt.

Sylwester „Sylwek” O. i Adam „Brygadier” M. mieli dość oddawania części pieniędzy człowiekowi, który uważał miasto niemal za swoją własność. Do niezadowolonych dołączyli Duduś i Ślepak — ludzie pochodzący z tego samego środowiska co ich boss.

Mówili głośno.

Groźnie.

Zapowiadali, że czas Marka „Oczki” M. właśnie się kończy.

Problem polegał na tym, że Oczko nie wracał sam.

Za jego plecami stał Pruszków.

Kiedy warszawska kolumna zbliżała się do Szczecina, odwaga buntowników zaczęła znikać równie szybko, jak wcześniej się pojawiła.

Brygadier zniknął.

Ślepak podporządkował się jeszcze przed Szczecinem.

Duduś poprosił o łaskę.

Został Sylwek.

Do ostatecznej „rozkminki” doszło w hotelu Radisson. Według relacji obserwujących wydarzenia funkcjonariuszy w pobliżu znajdowała się duża grupa ludzi związanych z warszawskim półświatkiem.

Sylwek zobaczył Oczkę w obstawie.

I zrozumiał, że przegrał.

Marek M. ps. "Oczko" wypoczywa w Sopocie. A powinien siedzieć w więzieniu

Nie było wielkiej strzelaniny.

Nie było wojny ulicznej.

Było coś znacznie bardziej upokarzającego.

Sylwek został wywieziony do lasu, pobity, a potem poniżony w sposób, którego nikt w półświatku nie mógł zinterpretować inaczej niż jako demonstrację całkowitej dominacji.

Wiadomość była jasna:

Oczko wrócił.

I nikt w Szczecinie nie miał mieć wątpliwości, kto stoi za nim.

Najbardziej niezwykłe było jednak coś jeszcze.

Policja obserwowała wydarzenia.

Wywiadowcy nagrywali uczestników.

Marek M. był wówczas poszukiwany.

A mimo to nie doszło do jego zatrzymania.

Żeby zrozumieć, jak człowiek z biednej ulicy Żabiej doszedł do momentu, w którym kilkudziesięciu ludzi przemierzało pół Polski, aby bronić jego pozycji, trzeba cofnąć się o wiele lat.

Do miejsca, które nie przypominało królestwa żadnego mafijnego bossa.


Szczecin.

Żelechowa.

Ulica Żabia.

Krótka, ślepa uliczka otoczona starymi kamienicami.

Robotnicza okolica położona niedaleko terenów stoczniowych i zakładów przemysłowych.

Bieda.

Alkohol.

Ruiny pamiętające jeszcze wojnę.

To właśnie tutaj wychowywał się Marek M., znany później jako „Oczko”.

Urodził się w 1954 roku w Szczecinie jako Marek Kruszel.

Pochodził z biednego domu.

Po latach miał jeździć Ferrari i posiadać dom z basenem pod Warszawą, w czasach kiedy dla wielu mieszkańców polskich blokowisk stary Opel sąsiada był symbolem luksusu.

Ale początki Oczki były znacznie mniej spektakularne.

Według relacji już jako nieletni miał wejść w konflikt z prawem po kradzieży motoroweru z piwnicy.

Później pojawiło się więzienie.

A więzienie dało mu coś, czego biedny chłopak z Żabiej wcześniej nie posiadał.

Kontakty.

Poznał recydywistów.

Ludzi funkcjonujących według własnych zasad.

Ludzi, którzy wiedzieli, gdzie sprzedać kradziony towar, do kogo pójść po pieniądze i kogo należy znać, aby wejść poziom wyżej.

W połowie lat osiemdziesiątych Oczko miał już opinię człowieka posiadającego kontakty również poza Szczecinem.

Ale prawdziwa szkoła półświatka czekała na niego gdzie indziej.

Na bramce.


Mała Scena Rozrywki była jednym z najbardziej prestiżowych lokali Szczecina lat osiemdziesiątych.

Niektórzy porównywali atmosferę tego miejsca do nowojorskiego Studio 54.

Muzyka.

Alkohol.

Pieniądze.

Kobiety.

Cinkciarze.

Przemytnicy.

Ludzie biznesu.

Ludzie służb.

I przy wejściu Oczko.

Początkowo ochroniarz.

Później człowiek stojący na czele bramki.

Pracował tam razem z bliskimi znajomymi.

Ale znacznie ważniejsze od pieniędzy były kontakty.

Każdej nocy przez drzwi przechodzili ludzie, których przeciętny mieszkaniec miasta nigdy nie spotkałby przy jednym stoliku.

Marek obserwował.

Zapamiętywał.

Poznawał.

I powoli przestawał być zwykłym chłopakiem z robotniczej Żelechowej.

Już w latach osiemdziesiątych miał zajmować się wymuszeniami oraz okradaniem innych ludzi ze środowiska przestępczego.

Później pojawiły się narkotyki.

A wraz z nimi naprawdę duże pieniądze.


Według opisywanej w materiale historii w latach osiemdziesiątych działał proceder związany z produkcją i przemytem amfetaminy do Europy Zachodniej.

W sprawę mieli być zaangażowani ludzie związani z ówczesnymi służbami oraz szczecińskim środowiskiem przestępczym.

Oczko miał zajmować się między innymi wyszukiwaniem kurierów.

Fetched image 2

Jednym z nich był Tadeusz G., pseudonim „Diabeł”.

Innym człowiek z jego dawnego otoczenia nazywany „Bobo”.

Ten drugi miał mniej szczęścia.

Zatrzymali go szwedzcy celnicy.

Dostał dziesięć lat więzienia.

Potem nadszedł rok 1989.

I świat, który Oczko znał, nagle został wywrócony do góry nogami.

Tyle że dla ludzi takich jak on transformacja nie była wyłącznie politycznym wydarzeniem.

Była okazją.


Granice zaczęły się otwierać.

Handel eksplodował.

Ludzie, którzy wcześniej ukrywali pieniądze, nagle mogli pokazywać swój majątek.

Cinkciarze inwestowali.

Przemytnicy przewozili alkohol, papierosy i inne towary.

Szczecin miał przy tym ogromną przewagę.

Port.

Bliskość Niemiec.

Granica.

Każdego dnia przez region przepływały pieniądze.

A tam, gdzie pojawiały się pieniądze, pojawiali się ludzie gotowi je przejąć.

W Szczecinie działała tak zwana „organizacja” — środowisko recydywistów pobierających opłaty od ludzi zajmujących się kontrabandą.

Płacić mieli wielcy przemytnicy.

Płaciły również „mrówki”, które przenosiły przez granicę niewielkie ilości towaru.

Nie zawsze potrzebna była broń.

Czasami wystarczała legenda.

Kilku potężnie zbudowanych mężczyzn.

Łyse głowy.

Odpowiedni pseudonim.

I jedno zdanie:

— Wiesz, komu teraz płacisz.

Mit mafii wykonywał część pracy za gangsterów.

Oczko doskonale nauczył się ten mit wykorzystywać.


Jednym z najbardziej niezwykłych epizodów opisanych w źródle jest historia Romana R., pseudonim „Arizona”.

Pod koniec lat osiemdziesiątych Arizona, związany później z grupą Oczki, miał razem z innymi osobami włamać się w Berlinie Zachodnim do samochodu.

Nie interesowało ich auto.

Celem była walizka.

Według relacji należała do funkcjonariuszy Stasi.

Za wykonanie zadania sprawcy mieli otrzymać pół miliona marek zachodnioniemieckich.

Arizona jako lider miał dostać 170 tysięcy.

Kilka lat później bezpośredni uczestnicy tej kradzieży mieli znikać w niewyjaśnionych okolicznościach.

Sprawa nigdy nie doczekała się jednoznacznego finału.

Ale legenda Oczki rosła.

A potem pojawiły się…

trociny.


Historia była tak absurdalna, że brzmiała jak miejska legenda.

Tir papierosów.

Biznesmen z Gorzowa Wielkopolskiego.

Ogromne pieniądze.

Spotkanie w hotelu Radisson.

Towar wyglądał prawdziwie.

Pierwsze rzędy kartonów rzeczywiście zawierały papierosy.

Dopiero głębiej kryła się pułapka.

Trociny.

Według relacji cały ładunek przygotowano tak starannie, aby zgadzała się nawet jego waga.

Biznesmen miał stracić około 3,5 miliarda starych złotych.

W procederze uczestniczyło więcej osób, między innymi ludzie związani z rodzącym się Pruszkowem, ale to twarz Oczki została później mocno związana z tak zwaną aferą gorzowską.

Policja zaczęła się nim interesować.

Marek musiał opuścić Szczecin.

Uciekł do Warszawy.

I paradoksalnie właśnie ucieczka miała otworzyć mu drogę do jeszcze większej kariery.


W Warszawie Oczko znalazł się w otoczeniu ludzi, którzy wkrótce zostaną nazwani Zarządem Pruszkowa.

Według opowieści początkowo jego warunki dalekie były od luksusu.

Miał spać na materacu w kuchni u „Słowika”.

Ale nie potrzebował apartamentu.

Potrzebował kontaktów.

Pruszków był coraz silniejszy.

Gangster, który się bossom z Polski nie kłaniał. "Zabójstwo dla szpanu"

Oczko był człowiekiem ze Szczecina.

Idealne połączenie.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Polska była zalewana tanim alkoholem przemycanym z Zachodu.

Przez granicę przechodziły ogromne transporty spirytusu i papierosów.

Gangsterzy zaczęli przejmować kontrabandę.

Jeśli wiedzieli, kiedy jedzie transport, mogli zabrać wszystko.

A informacja miała swoją cenę.

Według źródła informacje mogły pochodzić między innymi od skorumpowanych ludzi związanych z aparatem państwa.

Oczko miał uczestniczyć w napadach na przemytników, przemycie spirytusu i papierosów, a później w pobieraniu haraczy od klubów nocnych i agencji towarzyskich.

W 1992 roku został zatrzymany razem ze „Słowikiem” i „Dziadem” w sprawie przemytu spirytusu Royal.

Wydarzenie to miało stać się jednym z punktów zapalnych konfliktu wewnątrz warszawskiego półświatka.

Oczko jednak na tym nie stracił.

Wręcz przeciwnie.

Zyskał poparcie ludzi Pruszkowa.

A w Szczecinie zaczął być postrzegany jako ich człowiek.

Rezydent.


Wokół niego rosła własna grupa.

Ślepak.

Duduś.

Arizona.

Sylwek.

Pastor.

Czarny.

Ludzie z biednych ulic Szczecina zaczynali obracać pieniędzmi, o jakich kilka lat wcześniej mogli tylko marzyć.

Arizona miał pełnić szczególną funkcję.

Łączył półświatek z ludźmi legalnego biznesu.

Wiedział, kto ma pieniądze.

Kto prowadzi interes.

Kto może zostać zmuszony do płacenia.

Granica między biznesem a przestępczością zaczęła się zacierać.

Oczko zarabiał.

Jego ludzie zarabiali.

Warszawa chciała swojej części.

I właśnie pieniądze doprowadziły do pierwszego poważnego pęknięcia.


— Dlaczego mamy oddawać tyle Oczce?

Tak miało myśleć coraz więcej jego ludzi.

Sylwek i Brygadier zaczęli buntować środowisko.

Duduś i Ślepak również znaleźli się wśród niezadowolonych.

Oczko próbował ograniczać najbardziej brutalne pomysły swoich podwładnych.

Nie dlatego, że nagle stał się przeciwnikiem przestępczości.

Według relacji rozumiał po prostu jedną rzecz:

Zabójstwa przyciągają policję.

A policja przeszkadza w zarabianiu pieniędzy.

Młodsi gangsterzy chcieli natomiast działać brutalniej.

— Tego porwiemy.

— Tego zabijemy.

— Tamtego załatwimy.

Oczko miał ich hamować.

Konflikt narastał.

W końcu buntownicy postanowili się odłączyć.

I wtedy Marek wykonał jeden telefon.

Do Warszawy.


Pruszków odpowiedział demonstracją, którą Szczecin miał długo pamiętać.

Według relacji w stronę miasta ruszyły dziesiątki samochodów i dwa busy ludzi.

Ślepak skapitulował jeszcze przed Szczecinem.

Brygadier zniknął.

Sylwek został.

Spotkanie w Radissonie zakończyło bunt.

Od tego momentu legenda Oczki stała się jeszcze większa.

Jeśli ktoś chciał rzucić mu wyzwanie, nie mierzył się wyłącznie z ludźmi z Żabiej.

Musiał brać pod uwagę Warszawę.

Ale ta ochrona miała swoją cenę.

Pruszków nie pomagał za darmo.


Oczko rozpoczął współpracę ze Zbigniewem K., pseudonim „Balbin”.

Wspólnie mieli zarabiać na przemytnikach działających w różnych częściach Polski.

Schemat był brutalnie prosty.

Biznesmen inwestował własne pieniądze.

Gangsterzy zapewniali „ochronę”, kontakty albo dostęp do rynku.

Zysk dzielono.

Jeśli wszystko się udało — zarabiali wszyscy.

Jeśli interes upadał — największe straty ponosił człowiek, który wyłożył kapitał.

Oczko przestawał być ulicznym gangsterem.

Zaczynał poruszać się na styku półświatka, przemytu i wielkich pieniędzy.

I właśnie wtedy na jego drodze pojawił się człowiek z zupełnie innej ligi.

Ryszard Kozina.

Ricardo Fankini.


Według materiału Kozina nie był klasycznym bossem posiadającym armię ulicznych gangsterów.

Był przede wszystkim biznesmenem funkcjonującym w międzynarodowym świecie przemytu narkotyków.

Miał kontakty.

Pieniądze.

Interesy sięgające poza Polskę.

Oczko miał natomiast coś, czego Ricardo potrzebował.

Ludzi.

Reputację.

Możliwość działania w środowisku przestępczym.

Ich współpraca doprowadziła Marka do projektu „Kremlskaja”.

Wódki promowanej nawet podczas wydarzeń Formuły 1.

Nagle chłopak z Żabiej znalazł się w świecie międzynarodowego biznesu.

Ferrari.

Dom z basenem.

Luksusowe hotele.

Najdroższe lokale.

Ale wraz z pieniędzmi przyszły oczekiwania.

Według źródła Ricardo oczekiwał od Oczki pomocy przy organizowaniu zamachów na swoich przeciwników w Europie.

I tutaj zaczęły się problemy.

Bo reputacja Marka jako bezwzględnego mafijnego bossa była większa niż jego rzeczywiste doświadczenie w organizowaniu takich operacji.


W 1996 roku poszukiwano ludzi gotowych do przeprowadzenia zabójstwa jednego z ludzi związanych z biznesem Kremlskaja.

Ślepak odmówił.

Zadanie miał przyjąć Artur R., pseudonim „Tua”, wraz ze wspólnikiem.

Plan prowadził poza Polskę.

Pojawiła się broń.

Kurier.

Zielona granica.

Ludzie mający dotrzeć do Belgii.

Wszystko wyglądało jak przygotowanie do międzynarodowego zabójstwa.

Ale Oczko nie wiedział jednej rzeczy.

W jego własnym otoczeniu praktycznie każdy zaczynał grać własną grę.

Tua miał kontakt z policją.

Duduś przekazywał informacje funkcjonariuszowi.

Pastor również zabezpieczał własną pozycję.

Policja wiedziała coraz więcej.

Gangsterzy siedzieli przy jednym stole, pili razem, rozmawiali o interesach…

a później niektórzy z nich szli opowiedzieć o wszystkim funkcjonariuszom.

Marek budował imperium ludzi, którym nie mógł ufać.


To właśnie największy paradoks historii Oczki.

Na zewnątrz jego grupa wyglądała na niezwykle silną.

W połowie lat dziewięćdziesiątych była według źródła najmocniejszą strukturą przestępczą Szczecina.

Do Marka przychodzili ludzie, którzy później sami stali się znani w półświatku.

W mieście pojawiali się jego wpływowi goście.

Luksusowy hotel Park.

Motel Malibu.

Dyskoteka Imperium.

Radisson.

Tam odbywały się spotkania.

Imprezy.

Interesy.

Według wspomnień czasami podczas zabaw padały nawet przypadkowe strzały z broni.

Oczko potrafił pojawiać się w mieście otoczony ludźmi, którzy budowali jego legendę.

Utrzymywał kontakty z największymi postaciami polskiego półświatka.

Ale pojawiali się również ludzie ze Wschodu.

Jednym z nich miał być Monia Elson, rosyjskojęzyczny gangster związany z międzynarodowym światem przestępczym.

Drugim niezwykle ważnym człowiekiem był Wiktor Fiszman.

I właśnie Fiszman miał stać się jednym z największych problemów Oczki.


Latem 1995 roku Szczecin stał się areną brutalnego konfliktu.

Na lokalny rynek prostytucji weszli ludzie pochodzący z Ukrainy.

Miejscowi stręczyciele poczuli zagrożenie.

Fiszman poprosił Oczkę o pomoc.

Według materiału odpowiedź była brutalna.

Doszło do porwania przeciwników.

Ofiary torturowano.

Przestrzelono im kolana.

Ukraińska grupa wycofała się ze Szczecina, ale konflikt się nie skończył.

Pojawili się ludzie mający przeprowadzić odwet.

Zaczęła się obserwacja.

Zdjęcia.

Negocjacje.

Podwójne gry.

I właśnie wtedy Fiszman zrobił coś, czego w tym świecie nie wybacza się łatwo.

Miał poinformować przeciwników o współpracy Oczki ze szczecińską policją.

Kiedy ludzie Marka się o tym dowiedzieli, zapadła decyzja.

Fiszman miał zginąć.


Marzec 1996 roku.

Parking przy szczecińskim kąpielisku Dziewoklicz.

Według materiału spotykają się tam Oczko, Duduś, Sylwek, Balbin oraz Czarny.

Tematem jest Wiktor Fiszman.

Rozważany jest zamach.

Początkowo pojawia się plan użycia ładunku wybuchowego.

Ale ponownie informacje zaczynają przeciekać.

Policja dowiaduje się o planach.

Ludzie wtajemniczeni w spisek ostrzegają Fiszmana.

Ten jednak czuje się coraz silniejszy.

Jego ludzie zaczynają dominować na ulicach Szczecina.

Dochodzi do kolejnych pobić.

A w noc sylwestrową 1996/1997 konflikt eksploduje.

Hotel Radisson.

Ludzie Fiszmana atakują ekipę związaną z Oczką.

Sylwek zostaje upokorzony.

Tym razem odpowiedź jest natychmiastowa.

Pastor ma dostarczyć broń.

Padają strzały.

Dwóch przeciwników zostaje ciężko rannych.

Sprawa robi się głośna w całym kraju.

Ale najważniejszy rozdział dopiero nadchodzi.


Styczeń 1997 roku.

Ulica Malczewskiego.

Wiktor Fiszman zostaje zabity.

Według ustaleń przywołanych w materiale wykonawcy przyjechali ze Śląska.

Egzekutorem miał być Zdzisław L., pseudonim „Zdzicho”, związany z grupą Janusza T., pseudonim „Krakowiak”.

Media przedstawiały później zabójcę niemal jak profesjonalistę.

Rzeczywistość miała wyglądać znacznie mniej filmowo.

Sprawca pozostawił na miejscu kominiarkę.

Technicy zabezpieczyli materiał biologiczny.

Podczas ucieczki bandyci mieli przewozić przez Polskę broń użytą podczas ataku.

Policyjny radiowóz podjął pościg.

Sprawcy uciekli między innymi dlatego, że radiowóz wpadł w poślizg.

Nie było perfekcyjnego morderstwa.

Był chaos.

Strach.

Błędy.

I śmierć.


Tak wyglądał świat Marka „Oczki” M.

Z zewnątrz:

Ferrari.

Dom z basenem.

Drogie hotele.

Piękne kobiety.

Pieniądze.

Kontakty.

Pruszków.

Międzynarodowi przestępcy.

Legenda człowieka kontrolującego Szczecin.

Od środka:

Zdrada.

Informatorzy.

Podsłuchy.

Policja.

Ludzie grający na kilka stron.

Przyjaciele, którzy jednego dnia siadali z tobą przy stole, a następnego przekazywali informacje śledczym.

Oczko zbudował swoją pozycję dzięki reputacji, kontaktom i strachowi.

Ale zbudował ją w świecie, w którym lojalność istniała dokładnie tak długo, jak długo komuś się opłacała.

I być może właśnie dlatego najlepiej tę historię opisuje zdanie, od którego wszystko się zaczęło:

„Ten, co zdradził wroga, kiedyś zdradzi też przyjaciela.”

Bo największym zagrożeniem dla Marka „Oczki” M. nie byli ludzie stojący po drugiej stronie ulicy z bronią.

Najgroźniejsi siedzieli znacznie bliżej.

Przy jego własnym stole.