Jarosław “MASA” Sokołowski – najsłynniejszy świadek koronny w Polsce

4 czerwca 2000 roku.

W jednej z sal prokuratury siedzi człowiek, którego nazwisko jeszcze niedawno budziło respekt w całym warszawskim półświatku.

Jarosław Sokołowski.

„Masa”.

Lider młodego Pruszkowa.

Człowiek, który znał ludzi z samego szczytu grupy.

Wiedział, kto z kim robił interesy.

Kto pobierał haracze.

Kto kontrolował młodych gangsterów.

Kto z kim był skonfliktowany.

I właśnie ten człowiek podjął decyzję, której w świecie przestępczym praktycznie się nie wybacza.

Zaczął mówić.

Nazwiska.

Pseudonimy.

Struktury.

Przestępstwa.

Powiązania.

Fetched image 2

Sześć dni później, 10 czerwca 2000 roku, Jarosław Sokołowski został pierwszym świadkiem koronnym w historii Polski.

Państwo dostało człowieka ze środka Pruszkowa.

Prokuratura uzyskała dostęp do świata, do którego wcześniej praktycznie nie miała wejścia.

Dla policji był bezcennym źródłem.

Dla dawnych kolegów — zdrajcą.

A po latach pojawiło się jeszcze jedno pytanie.

Być może najważniejsze ze wszystkich:

czy Masa naprawdę powiedział całą prawdę… czy tylko taką prawdę, która pozwalała mu samemu przeżyć?

Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się o ponad dwadzieścia lat.

Do Komorowa.

Do czasów, kiedy Jarosław Sokołowski nie był jeszcze „Masą”.


Jarosław Sokołowski urodził się w 1962 roku w Komorowie.

Jego ojciec, Miron, był pięściarzem warszawskiej Legii.

Matka, Danuta, pracowała zawodowo.

Jarosław ukończył szkołę podstawową w Pruszkowie.

Później uczył się między innymi w szkołach samochodowych i budowlanych.

Ale prawdziwa edukacja przyszła z ulicy.

Miał około piętnastu lat, kiedy poznał dwóch starszych recydywistów z Komorowa.

„Grzyba”.

I „Śledzia”.

Według późniejszych wspomnień Sokołowskiego to właśnie oni nauczyli go ulicznych zasad.

Nie szkoła.

Nie nauczyciele.

Tylko starsi chłopcy, którzy wiedzieli, jak działa przemoc, strach i respekt.

Młody Jarosław wdawał się w bójki.

Uczestniczył w drobnych kradzieżach.

Jedną z metod stosowanych przez jego środowisko miała być tak zwana metoda „na nieprzytomnego”.

Jeden człowiek leżał na jezdni, udając nieprzytomnego.

Kierowca zatrzymywał samochód.

Wysiadał, żeby pomóc.

I wtedy pojawiali się pozostali.

To były początki.

Niewielkie przestępstwa.

Małe pieniądze.

Ale Jarosław szybko poznawał ludzi.

A właśnie znajomości miały później stać się jego największym kapitałem.


Mając osiemnaście lat, ożenił się z Małgorzatą.

Jednocześnie coraz aktywniej działał jako cinkciarz i spekulant.

Jednym z najważniejszych miejsc był Pewex w Pruszkowie.

Dzisiaj trudno zrozumieć, jak ważne były wtedy takie punkty.

Dolary.

Marki.

Towar z Zachodu.

Ludzie z pieniędzmi.

I pod sklepem ci, którzy potrafili wymienić walutę szybciej niż państwowy bank.

To właśnie tam Sokołowski miał poznawać ludzi, którzy później stworzą najgłośniejszą grupę przestępczą lat dziewięćdziesiątych.

Mając około dwudziestu lat, znalazł się coraz bliżej środowiska Ireneusza P., pseudonim „Barabasz”.

Zaprzyjaźnił się również z Andrzejem C., „Szarakiem”.

Razem uczestniczyli w kradzieżach.

Włamaniach.

Jeździli po całej warszawskiej aglomeracji.

A podczas jednego z takich włamań wydarzyło się coś, co miało ciągnąć się za Masą przez wiele lat.


Sokołowski miał stać na czatach.

W środku działali inni ludzie.

Nagle pojawiła się milicja.

Część grupy została zatrzymana.

W półświatku zaczęła krążyć plotka, że to Jarosław przekazał funkcjonariuszom informacje dotyczące zdarzenia.

Według tej wersji jego słowa miały później obciążyć między innymi ludzi, którzy znaleźli się w więzieniu.

Czy rzeczywiście doniósł?

Nie zostało to jednoznacznie rozstrzygnięte.

Ale w świecie ulicy czasami nie potrzebujesz wyroku.

Wystarczy plotka.

Od tamtego momentu część ludzi zaczęła patrzeć na niego inaczej.

Podejrzenie konfidenctwa pojawiło się na długo przed tym, zanim Masa oficjalnie został świadkiem koronnym.

Ironia tej historii była ogromna.

Bo kilkanaście lat później zrobi dokładnie to, o co już wtedy go podejrzewano.

Tym razem oficjalnie.


Pod koniec lat osiemdziesiątych Sokołowski przez pewien czas miał pracować legalnie jako hydraulik.

Ale nadal obracał się wokół ludzi Barabasza.

I wtedy poznał człowieka, który miał całkowicie zmienić jego pozycję.

Wojciecha K.

„Kiełbasę”.

Kiełbasa był młody, ale w środowisku cieszył się dużym szacunkiem.

Potrzebował ochroniarza.

Fetched image 3

Masa miał odpowiednią budowę.

Był silny.

Znał ulicę.

Dostał propozycję.

Przyjął.

I tak narodził się jeden z najbardziej znanych duetów polskiego półświatka.

Masa i Kiełbasa.

Sokołowski jako osobisty ochroniarz Kiełbasy zaczął trafiać na spotkania, do których wcześniej nie miał dostępu.

Poznawał starszych gangsterów.

Słuchał rozmów.

Obserwował, kto jest ważny.

Kto tylko udaje ważnego.

Kto ma pieniądze.

A kto ma ludzi gotowych użyć przemocy.

Uczył się.


Końcówka lat osiemdziesiątych była dla warszawskiego półświatka okresem przełomu.

Śmierć kolejnych znanych ludzi.

Strzelanina w motelu George.

Zabójstwa.

Wypadek Barabasza.

Stare układy zaczynały się rozpadać.

A na ich miejscu rodziły się nowe struktury.

Około 1990 roku coraz wyraźniej zaczęła kształtować się grupa później nazywana mafią pruszkowską.

Masa był już bardzo blisko centrum wydarzeń.

Działał przy Kiełbasie.

Zarabiał.

Uczył się.

A Polska właśnie weszła w epokę, która dla gangsterów była złotą dekadą.

Ciężarówki.

Haracze.

Przemyt.

Alkohol.

Kradzieże.

Później narkotyki.

Pieniędzy było coraz więcej.

A państwo nie było jeszcze przygotowane na skalę przestępczości zorganizowanej, która nagle pojawiła się na ulicach.


W 1993 roku wybuchła wojna między Pruszkowem a Wołominem.

Warszawa zaczęła wyglądać jak zupełnie inne miasto.

Bomby.

Strzelaniny.

Porwania.

„Rozkminki”, podczas których całe grupy spotykały się, żeby rozwiązywać konflikty.

Czasem rozmową.

Czasem przemocą.

W tym samym czasie Masa robił coś, o czym jego koledzy prawdopodobnie nie mieli pojęcia.

Według materiału właśnie w 1993 roku rozpoczął współpracę z policjantem kryminalnym Piotrem W.

Przekazywał mu informacje o warszawskim półświatku.

Także o własnym środowisku.

Nie był jeszcze świadkiem koronnym.

Był informatorem.

Dla policji był niezwykle wartościowy.

Bo funkcjonariusze mieli ogromny problem.

Wiedzieli, że grupy rosną.

Widzieli eksplozje.

Znajdowali ciała.

Ale bardzo trudno było wejść do środka struktur.

Masa był już w środku.

I mówił.


W tym samym okresie nad jego nazwiskiem zawisła bardzo poważna sprawa.

W 1993 roku kobieta pracująca jako kelnerka oskarżyła Sokołowskiego o gwałt.

Masa został później zatrzymany w związku z tą sprawą.

Na początku 1995 roku kobieta wycofała zeznania.

Postępowanie zostało umorzone.

Sokołowski wyszedł.

A gdy wrócił do półświatka, układ sił był już inny.

Jego relacja z Kiełbasą zaczęła się rozpadać.

Dwóch ludzi, którzy jeszcze niedawno niemal nierozłącznie funkcjonowali jako „Masa i Kiełbasa”, zaczęło stać po przeciwnych stronach.

Dlaczego?

Tu wersje się rozchodzą.


Według Masy problemem był Kiełbasa.

Miał coraz częściej sięgać po narkotyki.

Popadać w konflikty ze starszymi ludźmi Pruszkowa.

Malizną.

Wańką.

Słowikiem.

A nawet Pershingiem.

Inni gangsterzy przedstawiali inną wersję.

Według nich konflikt wynikał przede wszystkim z pieniędzy i interesów.

Masa miał pokłócić się z Kiełbasą, nie dostać oczekiwanego poparcia wewnątrz Pruszkowa i szukać nowych sojuszników.

Prawda mogła być bardziej skomplikowana.

Jedno jest pewne.

Przyjaźń się skończyła.

A w styczniu 1996 roku pod mieszkaniem Masy eksplodowała bomba.


Ulica Kopernika 6.

Masa wysiadał z samochodu razem z ochroniarzami.

Kilka kroków.

Wejście do klatki.

I nagle:

eksplozja.

Ładunek znajdował się w zaparkowanym samochodzie.

Mimo dużej siły wybuchu nikt nie zginął.

Natychmiast pojawiły się pytania.

Kto chciał przestraszyć albo zabić Masę?

Jedna wersja wskazywała na Kiełbasę i Wiesława „Wariata” Niewiadomskiego.

Druga prowadziła do ludzi z samego Pruszkowa.

Według niej Parasol i Malizna mogli chcieć pokazać Sokołowskiemu jego miejsce w hierarchii.

Sprawców nie ustalono.

Ale Masa przeżył.

I paradoksalnie niedługo później jego pozycja jeszcze wzrosła.


Od około 1996 roku był już jednym z najważniejszych ludzi młodego pokolenia Pruszkowa.

Mówiono o „młodym Pruszkowie”.

Byli to młodsi gangsterzy działający pod starszym zarządem.

Silni.

Agresywni.

Dobrze zorganizowani.

Potrafili zrobić to, czego starsi często nie chcieli wykonywać własnymi rękami.

Masa był jednym z ich liderów.

Pieniądze rosły.

Zmieniały się też źródła dochodów.

Narkotyki.

Napady.

Haracze.

Fetched image 4

Legalne biznesy służące do inwestowania pieniędzy.

Sokołowski prowadził restaurację „La Cucaracha”.

Razem z Leszkiem „Wańką” miał również być związany z dyskoteką „Planeta”.

A Planeta była czymś więcej niż zwykłym klubem.


To miał być jeden z najbardziej spektakularnych lokali tamtych czasów.

Gwiazdy.

Sportowcy.

Ludzie biznesu.

Gangsterzy.

Według materiału pojawiali się tam nawet artyści pokroju Modern Talking, znane osobistości świata sportu, a także goście z zagranicy.

Dla zwykłego klienta:

muzyka.

światła.

alkohol.

Dla ludzi półświatka:

miejsce spotkań.

kontakty.

pieniądze.

możliwość legalizowania dochodów.

Masa żył coraz lepiej.

Ale jednocześnie wewnątrz Pruszkowa zaczynał się rozłam.

I kolejny raz Jarosław Sokołowski miał zdecydować, że najlepszym sposobem na przetrwanie jest zmiana sojuszu.


Andrzej „Pershing” Kolikowski coraz wyraźniej oddalał się od starego Pruszkowa.

Budował własne interesy.

Masa natomiast tracił część poparcia wewnątrz grupy.

Próbował szukać ochrony.

Według materiału miał obdarować jednego z ważnych ludzi luksusowym Mercedesem, licząc na jego przychylność.

To nie wystarczyło.

Więc zwrócił się w stronę Pershinga.

Przełom 1998 i 1999 roku.

Masa przechodzi pod jego skrzydła.

Dla ludzi takich jak Parasol czy Malizna był to kolejny dowód zdrady.

Z ich perspektywy Sokołowski robił to, co robił zawsze:

kiedy stary układ przestawał mu służyć…

szukał nowego.

Przy Pershingu zaangażował się w kolejne interesy.

Między innymi w biznes automatów do gier.

Pojawiały się również sprawy związane z przestępstwami podatkowymi.

Ale 5 grudnia 1999 roku wszystko runęło.


Zakopane.

Pershing zostaje zastrzelony.

Masa natychmiast rozumie, co to oznacza.

Stracił protektora.

A jego dawni wrogowie nadal żyją.

Według źródła nakazał ludziom całodobową ochronę.

Potem zaczął się ukrywać.

Przed gangsterami.

I przed policją.

W tym samym czasie jeden z dawnych współpracowników złożył zawiadomienie dotyczące wymuszania haraczu.

30 grudnia 1999 roku policja zatrzymała Masę w Korbielowie.

Tym razem nie miał obok siebie ludzi.

Nie miał Pershinga.

Nie miał ulicy.

Był sam.

Za kratami.

A jego interesy przejmowali inni.

Wtedy zrobił to, co po raz kolejny uratowało mu życie.

Zaczął rozmawiać z państwem.


4 czerwca 2000 roku Masa formalnie rozpoczął współpracę z prokuraturą.

Sześć dni później otrzymał status świadka koronnego.

Pierwszego w Polsce.

Był to przełom.

Policja i prokuratura dostały człowieka, który przez lata znajdował się blisko centrum Pruszkowa.

Zeznania Sokołowskiego pomogły rozbić jedną z najpotężniejszych struktur przestępczych w kraju.

Ludzie byli zatrzymywani.

Procesy ruszały.

Państwo po raz pierwszy mogło powiedzieć:

wygraliśmy.

Masa stał się symbolem sukcesu programu świadka koronnego.

Ale już wtedy istniał problem, o którym początkowo mało kto mówił.

Świadek koronny nie jest zwykłym świadkiem.

To przestępca, który mówi po to, aby uratować siebie.

A więc podstawowe pytanie brzmi:

jak daleko można mu wierzyć?


W pierwszych latach niewiele osób publicznie podważało wiarygodność Sokołowskiego.

Przedstawiano go jako człowieka, który przeszedł wewnętrzną przemianę.

Gangster zaczął współpracować.

Pomógł państwu.

Pruszków został rozbity.

Efekt był ogromny.

Ale po latach zaczęły pojawiać się głosy jego dawnych znajomych.

Jednym z podstawowych zarzutów była kwestia nazwisk.

W materiałach przypisywanych przesłuchaniom Masy pojawiać się miało wiele sytuacji, w których szczegółowo opisywał przestępstwa, ale twierdził, że nie zna pełnych danych personalnych uczestników.

Dla krytyków brzmiało to dziwnie.

Jak człowiek będący blisko zarządu grupy może nie znać nazwisk własnych ochroniarzy, wspólników czy przyjaciół?

Masa tłumaczył:

znał pseudonimy.

Znał twarze.

Prokuratorzy później pokazywali mu zdjęcia.

On rozpoznawał ludzi.

Czy to wystarczające wyjaśnienie?

Nie wszyscy w to wierzyli.


W programie „Kodeks gangstera” Sokołowski rozmawiał z Lou Ferrante, byłym członkiem amerykańskiego półświatka związanego z rodziną Gambino.

Rozmowa była niewygodna.

Ferrante pytał wprost:

Jak wysoko byłeś w strukturze?

Ilu ludzi pogrążyłeś?

Czy naprawdę nic nie wiedziałeś o zabójstwach?

Masa podkreślał:

— Nikogo nie zabiłem.

— Nikogo nie zabiłem na zlecenie.

— Nie miałem nic wspólnego z morderstwami.

Dla Ferrante odpowiedź była trudna do przyjęcia.

Jeżeli ktoś znajdował się tak wysoko…

jak mógł nic nie wiedzieć?

Padł jeszcze jeden argument.

Świadek koronny nie może ukrywać własnych najpoważniejszych przestępstw.

Gdyby przyznał się do rzeczy, które wykluczały go z programu, straciłby ochronę.

I właśnie dlatego krytycy zaczęli pytać:

czy Masa powiedział wszystko?

Czy tylko tyle, ile było dla niego bezpieczne?


Jednym z pierwszych znanych ludzi Pruszkowa, który publicznie go zaatakował, był Janusz „Parasol” P.

W jedynym głośnym wywiadzie zarzucał Masie pomawianie ludzi.

Później pojawili się następni.

Mariusz „Szlachet” Sz.

Były ochroniarz Masy.

Szymon z Łomianek.

Mirosław „Misiek” z Nadarzyna.

Każdy przedstawiał własne historie.

Niektóre dotyczyły bardzo poważnych oskarżeń.

Według części dawnych gangsterów Sokołowski miał wykorzystywać swoją pozycję świadka koronnego do wywierania presji na ludzi z dawnego środowiska.

Schemat miał wyglądać brutalnie:

płacisz…

albo mówię o tobie prokuraturze.

Pojawiały się relacje o żądaniach idących w dziesiątki czy setki tysięcy dolarów.

Sam fakt takich oskarżeń nie oznacza automatycznie, że każda z tych historii była prawdziwa.

Ich autorzy również wywodzili się ze świata przestępczego.

Ale liczba podobnych relacji rosła.

A wraz z nią pytania o wiarygodność najważniejszego świadka państwa.


Jeszcze poważniejsze oskarżenia dotyczyły przemocy.

Mirosław „Misiek” z Nadarzyna twierdził, że Masa miał mieć związek ze śmiercią Kiełbasy.

Według jego wersji Sokołowski miał nawet chwalić się tym w środowisku.

Inni ludzie twierdzili, że Masa próbował zlecić zabójstwo Miśka.

Miało paść nawet konkretne wynagrodzenie dla potencjalnych wykonawców.

Dziesięć tysięcy dolarów na osobę.

Takie relacje są niezwykle poważne.

Ale należy podkreślić jedno:

są to oskarżenia przedstawiane przez ludzi z półświatka i nie można automatycznie traktować ich jako udowodnionego faktu.

Mimo tego właśnie tego typu historie zaczęły niszczyć publiczny obraz Masy jako „gangstera, który przeszedł na dobrą stronę”.


Z czasem jego sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej paradoksalna.

Człowiek, który dzięki współpracy z państwem uniknął odpowiedzialności za znaczną część swojej dawnej działalności, po latach znów zaczął pojawiać się w postępowaniach karnych.

Zarzuty dotyczyły między innymi wyłudzeń, kredytów i przestępstw podatkowych.

Symbolicznie historia zaczęła przypominać przypadek z USA.

Salvatore „Sammy the Bull” Gravano.

Człowiek mafii Gambino.

Kluczowy świadek przeciwko Johnowi Gottiemu.

Po współpracy z państwem rozpoczął nowe życie.

A potem ponownie wszedł w przestępczość.

Podobieństwo było uderzające.

Państwo wykorzystuje gangstera, żeby rozbić większą strukturę.

Gangster dostaje szansę.

A potem okazuje się, że zmiana życia nie zawsze oznacza zmianę człowieka.


Dlatego historia Jarosława „Masy” Sokołowskiego jest znacznie bardziej skomplikowana niż prosty podział:

gangster — zły.

świadek koronny — dobry.

Masa niewątpliwie odegrał ogromną rolę w rozbiciu grupy pruszkowskiej.

Jego wiedza była dla śledczych bezcenna.

Bez ludzi takich jak on państwo mogło jeszcze przez lata nie znać dokładnej struktury gangów.

Ale świadek koronny zawsze zawiera układ.

Nie mówi wyłącznie z moralnego obowiązku.

Mówi, ponieważ coś dostaje.

Wolność.

Ochronę.

Nową tożsamość.

Szansę na życie.

I dlatego pytanie o jego motywację nigdy nie zniknie.


Jarosław Sokołowski zaczynał jako chłopak z Komorowa.

Poznawał recydywistów.

Stał pod Pewexem.

Wymieniał walutę.

Kradł.

Potem został ochroniarzem Kiełbasy.

Wszedł do świata Pruszkowa.

Stał się jednym z najważniejszych ludzi młodego pokolenia.

Przeżył zamach bombowy.

Zbudował majątek.

Prowadził legalne biznesy.

Przeszedł pod skrzydła Pershinga.

Po jego śmierci został sam.

A gdy znalazł się w celi…

zmienił stronę.

W czerwcu 2000 roku po drugiej stronie stołu nie siedział już gangster.

Siedział świadek państwa.

I właśnie ta decyzja zmieniła historię polskiej przestępczości zorganizowanej.

Tylko że ponad dwadzieścia lat później pytanie nie brzmi już:

czy Masa pomógł rozbić Pruszków?

Bo pomógł.

Pytanie brzmi:

ile z tego, co powiedział, było pełną prawdą… a ile wersją historii, która najlepiej chroniła samego Jarosława Sokołowskiego?

Bo człowiek, który całe życie przeżywał dzięki zmianie układów, sojuszy i stron…

w 2000 roku dokonał najważniejszej zmiany ze wszystkich.

I tym razem cenę zapłacili niemal wszyscy jego dawni koledzy.