Krzysztof “BAJBUS” M. – skruszony gangster, któremu zamordowano żonę

10 stycznia 2008 roku.

Godzina 6:10 rano.

Kobyłka pod Warszawą.

Anna, żona Krzysztofa „Bajbusa” M., jak każdego dnia wychodzi do pracy.

Nie wie, że ktoś obserwuje jej ruchy.

Nie wie, że dla ludzi z dawnego świata jej męża stała się celem.

Kilka minut później mieszkańcy słyszą dziwne odgłosy.

Najpierw myślą, że wydarzył się wypadek.

Po chwili ktoś zauważa kobietę leżącą na chodniku.

Krew.

Chaos.

Telefon na policję.

Fetched image 2

Ratownicy próbują pomóc.

Ale jest już za późno.

Anna nie zginęła przypadkiem.

Oddano do niej kilka strzałów.

Tak, aby mieć pewność, że nie przeżyje.

Tego samego dnia informacja dociera do więzienia.

Krzysztof M. siedzi za kratami.

Podchodzi do niego prokurator.

I mówi:

— Dzisiaj rano zabili panu żonę.

Dla człowieka, który przez lata żył według ulicznych zasad, był to cios, którego nie dało się przewidzieć.

Bo Bajbus nie był zwykłym gangsterem.

Był człowiekiem, który kiedyś miał zostać pięściarską gwiazdą.

Miał talent.

Miał siłę.

Miał charakter.

Ale zamiast wejść na szczyt sportu…

wybrał drogę, która doprowadziła go do jednego z najbardziej brutalnych rozdziałów warszawskiego półświatka.

A później do tragedii, której nie dało się już cofnąć.


Krzysztof M. urodził się prawdopodobnie w 1972 roku w Podgórze Wsi.

Dorastał w trudnych warunkach.

Razem z braćmi ciężko pracował u dziadków na gospodarstwie.

Jak sam później wspominał, w domu nie przelewało się.

Od najmłodszych lat znał ciężką fizyczną pracę.

To właśnie ona miała zbudować jego siłę.

Wytrzymałość.

Charakter.

Cechy, które później przydały mu się zarówno w ringu, jak i na ulicy.

Mając około piętnastu lat zaczął pojawiać się na grójeckim bazarze.

Początkowo działał dla starszych kolegów.

Według relacji miał zajmować się skupowaniem wyrobów ze złota od rosyjskich handlarzy.

Towaru było tak dużo, że wraz ze wspólnikami miał zacząć samodzielnie obrabiać i sprzedawać złoto.

Pieniądze zaczęły pojawiać się szybko.

Ale równie szybko pojawiły się problemy.


Mając siedemnaście lat został zatrzymany po pobiciu znajomego.

Dostał wyrok.

Kilka lat później, po odbyciu kary, zainteresował się boksem.

I właśnie wtedy jego życie mogło skręcić w zupełnie inną stronę.

Trafił do warszawskiej Legii.

Trenował pod okiem znanego pięściarza Janusza Gortata.

Młody zawodnik miał warunki.

Siłę.

Determinację.

Agresję sportową.

W wadze średniej miał zapowiadać się bardzo dobrze.

Ludzie związani z boksem widzieli w nim potencjał.

Był jednym z tych chłopaków, o których mówiło się:

— Jeszcze może coś osiągnąć.

Ale sport wymaga cierpliwości.

A ulica oferowała coś znacznie szybszego.

Pieniądze.

Szacunek.

Pozycję.


Mając około dwudziestu lat ożenił się z Anną.

Poznali się w dyskotece.

Oboje pochodzili z biednych rodzin.

Oboje chcieli się dorobić.

Był początek lat dziewięćdziesiątych.

Polska właśnie przechodziła ogromne zmiany.

Na ulicach rosły nowe grupy przestępcze.

Pruszków.

Wołomin.

Lokalne ekipy.

W tym świecie młody, silny człowiek z doświadczeniem bokserskim miał swoją wartość.

Krzysztof miał brata, który według relacji zajmował się kradzieżami samochodów.

Sam Bajbus początkowo miał pracować w warsztacie samochodowym.

Ale zwykła pensja szybko przestała mu wystarczać.

Według materiału właśnie przez rodzinne kontakty coraz bardziej zbliżał się do świata kradzieży samochodów.

Sport odchodził na drugi plan.

Ulica zaczynała wygrywać.


Pod koniec lat dziewięćdziesiątych polski półświatek zaczął się zmieniać.

Gangsterzy przestali zarabiać wyłącznie na klasycznych przestępstwach.

Pojawiły się bardziej zorganizowane interesy.

Jednym z najbardziej dochodowych stały się automaty do gier.

Tak zwane jednorękie bandyty.

W 1998 roku Bajbus razem z żoną miał prowadzić bar przy ulicy Złotej w Warszawie.

To właśnie tam miał poznać Marka M., pseudonim „Żyd”.

Człowieka związanego z Gangiem Mokotowskim.

Według relacji „Żyd” zaproponował ustawienie automatów w lokalu.

Bajbus się zgodził.

I tak miał wejść w pierwszy większy interes z ludźmi Mokotowa.

Automaty.

Pieniądze.

Kontakty.

To był świat, który dawał szybki awans.


Przez kolejne lata Bajbus miał współpracować z Andrzejem H., pseudonim „Korek”, oraz Markiem M., „Żydem”.

Oficjalnie pracował przy automatach.

Według materiału od 1998 do 2004 roku miał być związany z firmą zajmującą się ich dystrybucją.

Nie był jeszcze najważniejszą postacią.

Ale był blisko ludzi, którzy decydowali.

A w świecie przestępczym bliskość często była pierwszym krokiem do awansu.

Na początku XXI wieku Gang Mokotowski należał do najważniejszych grup przestępczych Warszawy.

Stare nazwiska nadal miały znaczenie.

Ale pojawiało się nowe pokolenie.

Fetched image 3

Młodsi.

Bardziej agresywni.

Gotowi przejąć rynek.

Bajbus czekał na swój moment.


Ten moment miał nadejść w 2004 roku.

Po zatrzymaniach związanych z przemytem dużej ilości kokainy w strukturach Mokotowa miały powstać wyspecjalizowane grupy.

Każda zajmowała się inną działalnością.

Napady.

Narkotyki.

Haracze.

Przemyt.

Jedną z ważnych postaci miał być Zbigniew C., pseudonim „Daks”.

Według materiału jego ludzie wracali do klasycznych metod zarobku.

Napady na ciężarówki.

Wymuszenia.

Przejmowanie cudzych interesów.

Bajbus natomiast zaczął budować własną grupę.


W 2005 roku zainteresowanie gangsterów wzbudziła Wólka Kosowska.

Miejsce pełne azjatyckich handlarzy.

Biznesy.

Gotówka.

Towar.

Dla przestępców był to idealny cel.

Według śledczych grupa Bajbusa miała dokonywać wymuszeń oraz kradzieży towarów.

W jednym z przypadków łup miał mieć wartość nawet około stu tysięcy dolarów.

Grupa rosła.

Według materiału miała liczyć około siedemdziesięciu osób.

Wśród ludzi związanych z Bajbusem wymieniano między innymi:

Roberta P. „Bobka”.

Huberta B.

Sylwestra G.

A także zawodnika sportów walki Antoniego H., pseudonim „Antek”.

Bajbus przestał być tylko człowiekiem od automatów.

Stał się liderem.


Im większa była grupa, tym większe były problemy.

Ludzie zaczęli powoływać się na jego nazwisko.

A nazwisko szefa dawało poczucie bezkarności.

Jednym z takich ludzi miał być Łukasz W., pseudonim „Dzik”.

Według relacji miał wszczynać awantury.

Nie płacić za usługi.

Powoływać się na Bajbusa.

Krzysztof miał go ostrzegać.

Upominać.

Ale problem nie znikał.

A cierpliwość ludzi z otoczenia Mokotowa miała się kończyć.


Pewnego dnia miało dojść do nietypowej sytuacji.

W ramach rywalizacji zaproponowano pojedynek alkoholowy.

„Dzik” kontra gangster o pseudonimie „Frycek”.

Nagrodą miała być nie tylko wygrana.

Za tym miało kryć się coś więcej.

Po zwycięstwie „Dzika” grupa miała udać się w okolice Piaseczna.

Według materiału na miejscu mieli znajdować się:

Bajbus.

Bobek.

Kot.

Ernest.

Dony.

Leon.

Maniek.

Tam miało dojść do decyzji, która na zawsze zmieniła los wielu osób.

Według śledczych „Dzik” został zamordowany.

Jego ciało miało zostać ukryte w przygotowanym wcześniej dole.

Sprawa ta później stała się jednym z elementów zarzutów wobec członków grupy.


Grupa Bajbusa działała dalej.

Ale policja była coraz bliżej.

W styczniu 2006 roku rozpoczęły się pierwsze zatrzymania członków struktury.

Na początku 2007 roku zatrzymano samego Bajbusa.

Wiedział, że sytuacja jest poważna.

Część ludzi z jego grupy zaczęła mówić.

W tym Bobek.

Krzysztof M. podjął decyzję.

Zaczął współpracować z organami ścigania.

Przyznał się do części przestępstw.

Pomógł rozbić własną grupę.

We wrześniu 2007 roku jego zeznania miały dotyczyć również innych ludzi związanych z Gangiem Mokotowskim.

Między innymi liderów.

Korka.

Daxa.

Ale był jeden problem.

Bajbus nie mógł zostać świadkiem koronnym.

Powód?

Według materiału jego udział w zabójstwie „Dzika” miał go wykluczać z takiej możliwości.

Dostał więc niższy wyrok.

Ale bez pełnej ochrony.

I bez ochrony dla rodziny.


Kilka miesięcy później wydarzyło się coś, czego najbardziej się obawiał.

Listopad 2007 roku.

Mariusz S., pseudonim „Marcel”, jeden z ważnych gangsterów Mokotowa, zaczyna współpracować z prokuraturą.

Według jego zeznań miała istnieć lista osób przeznaczonych do likwidacji.

Prokuratorzy.

Sędziowie.

Świadkowie koronni.

Gangsterzy.

Rodziny.

Na tej liście miała znaleźć się również Anna.

Fetched image 4

Żona Bajbusa.

Marcel miał twierdzić, że plan jej zabójstwa powstał już latem 2007 roku.

Dlaczego mimo tych informacji nie zapewniono jej ochrony?

To pytanie przez lata pozostawało jednym z najważniejszych elementów tej historii.


10 stycznia 2008 roku.

Godzina 6:10.

Anna wychodzi do pracy.

Kilka minut później już nie żyje.

Dla Bajbusa był to moment, w którym świat się zatrzymał.

Nie stracił wspólnika.

Nie stracił pieniędzy.

Stracił żonę.

Matkę swoich dzieci.

Człowieka, który był z nim od początku.

Po latach mówił, że nie potrafił pogodzić się z tym, że mimo informacji o zagrożeniu nikt nie zrobił wystarczająco dużo, aby ją ochronić.

Obwiniał za to organy ścigania.

Uważał, że skoro współpracował, jego rodzina powinna być bezpieczna.


Historia Krzysztofa „Bajbusa” M. jest jedną z najbardziej gorzkich opowieści warszawskiego półświatka.

Człowiek, który miał talent sportowy.

Mógł zostać pięściarzem.

Mógł zdobywać medale.

Mógł żyć z ringu.

Ale wybrał inną drogę.

Najpierw małe pieniądze.

Potem większe interesy.

Automaty.

Gang Mokotowski.

Własna grupa.

Władza.

I w końcu współpraca z policją.

Tyle że w świecie przestępczym zdrada jednej strony często oznacza wojnę z drugą.

Bajbus chciał uratować siebie.

Ale cena okazała się ogromna.

Stracił ludzi.

Stracił dawną pozycję.

A przede wszystkim stracił kobietę, która była przy nim zanim pojawiły się pieniądze i gangsterka.

Dzisiaj prowadzi normalne życie i próbuje zostawić przeszłość za sobą.

Ale historia Anny przypomina o jednej brutalnej zasadzie świata, do którego kiedyś wszedł:

w przestępczym świecie można wygrać pieniądze, wpływy i respekt… ale nigdy nie można mieć pewności, że nie straci się wszystkiego, co naprawdę ważne.