Zbigniew M. , niegdyś jeden z najpotężniejszych postaci polskiego półświatka przełomu lat 90. , nazywany „Carringtonem” z uwagi na fortunę, którą miał zbudować na przemycie alkoholu, spędza dziś dni w rodzinnym domu w Zawidowie pod opieką matki, zmagając się z następstwami ciężkiego urazu głowy, który przekreślił jego przestępczą karierę i pozostawił po „królu spirytusu” jedynie wspomnienia dawnych lat świetności.

Historia Zbigniewa M. rozpoczyna się w 1966 roku w Zawidowie, niewielkim mieście na granicy polsko-czeskiej. Ukończył szkołę zawodową w Zgorzelcu, a następnie – jak wynika z nielicznych i nie do końca zweryfikowanych przekazów – podejmował się prac dorywczych, między innymi w fabryce produkującej trumny w podzgorzeleckim Ujeździe.
O okresie przed 1989 rokiem wiadomo o nim niewiele; pojawiają się jedynie szczątkowe informacje o legalnym zatrudnieniu w rejonie Zgorzelca.
Przełom ustrojowy i wejście kapitalizmu otworzyły przed młodymi, przedsiębiorczymi ludźmi nowe możliwości szybkiego wzbogacenia się. Początek lat 90. to w Polsce rozkwit nieformalnych struktur, które w aglomeracji warszawskiej i innych dużych miastach przyjmowały postać grup, gangów i mniejszych szajek.
W województwie dolnośląskim, do którego należał Zawidów, również dochodziło do zawiązywania się bliskich relacji przestępczych, choć początkowo na mniejszą skalę niż w centrum kraju.
Kluczowe znaczenie miało położenie Zgorzelca – miasta pogranicznego, przez które biegły szlaki przemytnicze do Niemiec. To właśnie tam powstawały małe siatki szmuglujące kontrabandę między Polską a Niemcami. W tym procederze specjalizować się miał już wówczas pochodzący ze Wschowy Jacek B.
, pseudonim „Lelek”. Zbigniew M. wraz z bratem Ryszardem mieli rozpocząć podobną działalność, sprzedając przemycany towar w Niemczech z odpowiednią przebitką.
Jak większość ówczesnych przemytników, Zbigniew M. zaczynał od drobnego szmuglu z wykorzystaniem tak zwanych mułów, czyli osób transportujących kontrabandę przez granicę. Gdy zgromadził odpowiedni kapitał, miał zakupić ponton i przy jego pomocy przewozić papierosy do Niemiec.
To właśnie wtedy zarobił większe pieniądze, które postanowił zainwestować w legalny interes.
W 1995 roku założył pierwszą firmę transportową. Początkowo zajmowała się ona przewozem towarów między Polską a Niemcami oraz Polską i Włochami. Za granicę wywożono różnego rodzaju dobra, natomiast z Włoch sprowadzano meble, a z Niemiec tekstylia w postaci ubrań.
Firma przynosiła godziwe zyski, jednak Zbigniew M. chciał dorobić się szybciej.
W tamtych latach spirytus stanowił jedno z głównych źródeł zarobku wielu grup przestępczych w Polsce. Zbigniew M. miał zainteresować się tym procederem, wykorzystując jedną z ciężarówek do zakupu od dawnych znajomych partii spirytusu we Włoszech i przetransportowania jej do kraju.
Według niepotwierdzonych informacji jego odbiorcami na tym etapie miały zostać osoby związane z Łodzią i aglomeracją łódzką.

Na granicy polsko-niemieckiej trwała wówczas budowa autostrady łączącej oba kraje, którą dzieli Nysa Łużycka. W miejscowości Sękowice koło Gubina rozpoczynała się budowa, a prowizoryczny most techniczny miał stanowić prototypowy punkt transportu kontrabandy. Wtedy też Zbigniew M.
oraz Jacek B. mieli wejść w spółkę i razem prowadzić przestępczy proceder z wykorzystaniem wspomnianego mostu.
Transporty odbywały się z Francji i Włoch do Polski. Odbiorcami mieli być liderzy tacy jak bracia Niewiadomscy czy ponoć sam Nikodem Skotarczak, pseudonim „Nikoś”. Majątek Zbigniewa M.
powiększał się w szybkim tempie. Kupił mieszkanie w jednym z zawidowskich bloków, po mieście poruszał się mercedesem-benzem S500, inwestował w biznes, rejestrując kolejne firmy transportowe i zakupując ciągniki siodłowe.
Właśnie wtedy zaczęto nazywać go „Carringtonem” – w odniesieniu do Blake’a Carringtona z serialu „Dynastia”, postaci słynącej z ogromnego bogactwa. Wokół siebie skupił grono wiernych ludzi. Wśród jego grupy wymieniano brata Ryszarda M.
, pseudonim „Azja”, Romualda L. , pseudonim „Rekin”, oraz Jana M. , pseudonim „Gruby Janek”.
Jacek B. wraz z „Carringtonem” sukcesywnie działali we wspólnym interesie, którym był przemyt alkoholu.
Każdy z członków grupy miał mieć własne grono odbiorców. Dodatkowo „Carrington” miał ponoć zajmować się handlem narkotykami, które otrzymywał od gangsterów z gangu ząbkowsko-praskiego. Gdy w 1997 roku przemyty kontrabandy nazywano „spirytusowymi żniwami”, grupa przemytników pod dowództwem „Carringtona” i „Lelka” była świetnie przygotowana do działania.
Skorumpowani strażnicy graniczni posiadali profesjonalne radia do komunikacji między sobą oraz skanery fal i częstotliwości do podsłuchu polskich i niemieckich służb. W grupie określono role i zadania – każdy z członków odpowiadał za konkretny element procederu. Struktura była na tyle szczelna, że przez długi czas pozostawała niezidentyfikowana przez organy ścigania.
W lutym 1998 roku jeden z członków grupy miał przemycić ciężarówkę z kontrabandą sam, bez informowania swoich mocodawców. Wtedy też miał uszkodzić stojący dźwig należący do firmy oraz sam most. Od tego momentu przejściem zainteresowała się policja, co spowodowało zatrzymanie transportu.
Między „Carringtonem” a „Lelkiem” miało dojść do poróżnienia i zerwania współpracy.
Jacek B. , pseudonim „Lelek”, miał duże poważanie w półświatku, więc na jego stronę zaczęło przechodzić coraz więcej ludzi skupionych wcześniej przy „Carringtonze”. W marcu 1998 roku „Lelek” wraz ze swoim przyjacielem wracał z dyskoteki „Młyn” w Gryfowie Śląskim.
Gdy zbliżali się do Lwówka Śląskiego, zorganizowano zasadzkę – drogę zabarykadowano słupkami, a z lasu mieli wyskoczyć zamachowcy.
Życie obu mężczyzn uratowały umiejętności kierowcy „Lelka”, który zawrócił pojazd i uciekł z miejsca zdarzenia. 26 maja tego samego roku przy ulicy Zamiejskiej w Zgorzelcu otworzono ogień do grupy Białorusinów. Z ośmioosobowej grupy dwie osoby zginęły na miejscu, a dwie inne odniosły rany postrzałowe.
Domniemani sprawcy mieli być sprowadzeni do Polski przez „Carringtona” w celu wyeliminowania „Lelka”.
Ponoć chwilę przed zamachem grupę Białorusinów miał ostrzec Piotr M. , pseudonim „Pedro”, syn Jana M. , pseudonimu „Gruby Janek”.
Jednak zanim mężczyźni udali się do pojazdów, nastąpił ostrzał. Sam Piotr M. , pseudonim „Pedro”, niedługo później miał zostać postrzelony przez nieznanych sprawców.
W zeznaniach wskazał, że strzelających do niego rozpoznał – mieli to być Jarosław J. oraz bracia Dariusz i Tomasz P. , dawni współpracownicy „Carringtona”, którzy przeszli do grupy „Lelka”.
W czerwcu 1998 roku, w okolicach Modrzewia, grupa „Carringtona” odbiła niejakiego „Grzybowskiego”, mordując przy tym jego porywaczy. Wśród zamordowanych był Dariusz P. oraz Damian P.
, pseudonim „Pomy”. W lipcu natomiast pod hotelem „Baron” w Jeleniej Górze ostrzelano ludzi „Lelka”, wśród nich Sebastiana K. , pseudonim „Ryży”.
Pod „Carringtona” podłożono ładunek wybuchowy. Gdy wychodził z budynku, zamachowcy odpalili zapalnik. Mężczyzna cofnął się, by zamknąć drzwi do klatki – ten ruch uratował mu życie.
Doznał poważnych ran twarzy od odłamków, lecz przeżył i niedługo później wyszedł ze szpitala w Zgorzelcu.
Z nocy na wrzesień, na drodze z Leśnej do Bożkowa, Walerian K. , zwany „Koreańczykiem”, wraz z Markiem J. poruszał się pojazdem marki BMW.
Za nimi przez dłuższy czas jechał ford sierra. Pojazd zajechał im drogę, blokując przejazd. Marek J.
uciekł w kierunku lasu, natomiast Walerian K. , widząc nadjeżdżający pojazd, oddał strzały z karabinka.

Gdy kierowca się zatrzymał, nakazał opuszczenie pojazdu pięciu młodym mężczyznom, po czym oddał strzał. Okazało się jednak, że grupa mężczyzn nie była w żadnym stopniu powiązana z „Carringtonem”. Według pewnych informacji mieli oni należeć do grupy złodziei samochodów nazywanej grupą Nowaka ze Zgorzelca.
Po trzech tygodniach od egzekucji Marek J. zginął w wyniku wybuchu bomby w swoim mieszkaniu w Zgorzelcu – bombę miał konstruować, aby wyeliminować „Carringtona”. Walerian K.
został aresztowany i oskarżony o morderstwo.
Pod koniec września 1998 roku policja rozpoczęła wielką obławę na gangsterów z zachodniej granicy. Aresztowano ponad 100 osób z obu grup, w tym samego „Carringtona”. Zarekwirowano kilka sztuk broni, arsenał amunicji oraz kilkadziesiąt kilogramów materiałów wybuchowych.
Na ławie oskarżonych postawiono mu zarzut przemytu do Polski blisko 10 milionów litrów spirytusu bez akcyzy, co doprowadziło Skarb Państwa do utraty 154 milionów złotych.
Gdy jego ludzie zeznawali, sam „Carrington” wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji w wysokości 200 tysięcy złotych i miał oczekiwać wyroku skazującego. Jednak go nie doczekał. Gdy proces toczył się latem 2002 roku, „Carrington”, jak to miał w zwyczaju, uprawiał sport.
Wybrał się na przejażdżkę rowerem i wtedy miał ulec poważnemu wypadkowi.
Istnieją dwie hipotezy tego wydarzenia. Pierwsza mówi, że miał to być nieszczęśliwy wypadek – pod wpływem nadmiernej prędkości miał zboczyć z trasy i wskutek upadku na kamienie doznać urazu czaszkowo-mózgowego. Druga zakłada, że miała to być zemsta za współpracę z organami ścigania – podczas jazdy miał zostać uderzony z nadjeżdżającego pojazdu.
Po tym wypadku „Carrington” przechodził długoletnie leczenie, a finalnie miał zostać ubezwłasnowolniony z powodu wynikającej z niego niepełnosprawności. Dziś mieszka z matką w dawnym domu rodzinnym. Istnieje również trzecia teoria – że cały wypadek, a w zasadzie jego konsekwencje, to sprytna gra manipulacyjna Zbigniewa M.
Z uzyskanych informacji od osób mieszkających w Zgorzelcu można usłyszeć, że po tylu latach od tych wydarzeń „Carrington” dalej posługuje się jedynie kilkoma zwrotami. W ten sposób z „króla spirytusu” zostały jedynie wspomnienia z dawnych lat – opowieść o człowieku, który przez chwilę miał wszystko, by ostatecznie stracić niemal wszystko.
