Część 1: Placki bez sosu
Jan siedział przy kuchennym stole z miną człowieka, któremu właśnie ktoś zepsuł cały wieczór.
– Kasia, a gdzie sos pieczarkowy?
Kasia, która jeszcze przed chwilą kończyła coś na laptopie w salonie, spojrzała na niego znad ramienia.
– Jaki sos?
– No do placków. Przecież nie będę jadł takich suchych.
Na talerzu leżały świeżo usmażone placki ziemniaczane, jeszcze gorące, z chrupiącymi brzegami. Jan patrzył na nie z wyraźnym niezadowoleniem, jakby dostał coś zupełnie niejadalnego.
Kasia spokojnie zamknęła laptop, wstała z kanapy i weszła do kuchni. W rogu obok stołu stało wielkie kolorowe pudło po nowej konsoli do gier. Jan kupił ją zaledwie kilka dni wcześniej. Sama konsola, dodatkowy kontroler, słuchawki i dwie gry kosztowały prawie cztery tysiące złotych. Przez pół wieczoru opowiadał wtedy Kasi, jaki świetny interes zrobił i ile zaoszczędził dzięki promocji.
Teraz siedział nad talerzem i marszczył brwi z powodu kilku pieczarek.
– Sos robi się z pieczarek i śmietany – powiedziała Kasia spokojnie. – A pieczarki i śmietana kosztują. No i trzeba je kupić.
Jan westchnął ciężko.
– Kasia, bez przesady. Chyba stać nas jeszcze na zwykły sos do obiadu.
– Nas? – Oparła się o blat i spojrzała na niego uważniej. – Czyżby zapłaciłam ja? Prąd, internet i wodę też? Kupiłam proszek do prania, płyn do naczyń, papier, środki do łazienki i większość jedzenia na ten miesiąc. Moja wypłata nie jest z gumy.
Jan prychnął.
– Przecież też pracuję.
– Wiem. Tylko jakoś tego nie widać w naszych wspólnych wydatkach.
– Bo ja teraz odkładam.
– Na co?
Jan od razu się ożywił.
– Mówiłem ci przecież. Michał z chłopakami organizują wyjazd do Pragi. Weekend, ale porządny. Dobry hotel, restauracje. Wieczorem gdzieś wyjdziemy. Trzeba wpłacić zaliczkę.
Kasia uniosła brwi.
– Czyli na hotel w Pradze pieniądze są, ale na pieczarki już szkoda.
– To zupełnie co innego.
– Oczywiście.
Jan odsunął talerz.
– Nie zamierzam wydawać swojej wypłaty na jakieś codzienne drobiazgi. Jak człowiek będzie ciągle kupował jedzenie, chemię i płacił rachunki, to nigdy niczego sobie nie odłoży.
Kasia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Nie było w niej złości. Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie zaczęłaby tłumaczyć, że mieszkanie, rachunki i zakupy nie są jakimiś drobiazgami. Może nawet próbowałaby się z nim kłócić. Tym razem nie miała ochoty.
– Rozumiem – powiedziała.
Jan aż się wyprostował.
– No właśnie. Wiedziałem, że w końcu zrozumiesz.
Kasia podeszła do stołu, wzięła jego talerz i przełożyła placki do plastikowego pojemnika.
– Ej, co robisz?
– Pakuję sobie obiad na jutro.
– A ja?
Kasia zatrzasnęła wieczko.
– Ty odkładasz na Pragę.
Jan popatrzył na nią, jakby nie był pewien, czy żartuje.
– Kasia, przestań.
– Wcale nie żartuję. – Włożyła pojemnik do lodówki. – Od dziś każdy z nas płaci za swoje zachcianki i swoje jedzenie. Ja nie będę finansować całego mieszkania, zakupów i jeszcze twoich kolacji tylko dlatego, że ty postanowiłeś oszczędzać na weekend z kolegami.
– Ale przecież jesteśmy małżeństwem.
– Właśnie dlatego rachunki powinny być wspólne.
Jan skrzyżował ręce na piersi.
– Ty naprawdę robisz awanturę o kilka złotych?
Kasia rozejrzała się po kuchni, po czym wskazała wielkie pudło po konsoli.
– Nie. Ja tylko próbuję zrozumieć matematykę. Cztery tysiące na konsolę to rozsądny wydatek. Weekend w Pradze to inwestycja w odpoczynek. Ale zakupy do domu są wyrzucaniem pieniędzy.
– Nie przekręcaj.
– Niczego nie przekręcam. – Wyjęła z szafki kubek i nalała sobie herbaty. – Od jutra kupuję tylko to, czego sama potrzebuję. Ty możesz robić dokładnie to samo.
Jan roześmiał się krótko.
– Dobra, zobaczymy, jak długo wytrzymasz z tym swoim przedstawieniem.
Kasia tylko wzruszyła ramionami.
Część 2: Puste półki
Następnego ranka wyszła wcześniej do pracy. Po drodze zatrzymała się w małej piekarni niedaleko biura. Wzięła kawę i drożdżówkę z serem. W porze obiadowej poszła z koleżankami do niewielkiego baru, gdzie zamówiła zupę pomidorową i naleśniki ze szpinakiem. Wieczorem, wracając do mieszkania, nie weszła nawet do sklepu.
Jan siedział w salonie przed nową konsolą.
– Nic nie kupiłaś? – zapytał, kiedy zobaczył jej puste ręce.
– Nie potrzebowałam.
– Mleka nie ma.
– Ja piję kawę w pracy.
– Szynka się skończyła.
– Ja jej dzisiaj nie jem.
Jan zmarszczył czoło.
– I co ja mam zrobić?
Kasia zdjęła płaszcz i odwiesiła go w przedpokoju.
– Sklep jest pięć minut stąd.
– Serio?
– Serio.
Jan pokręcił głową, ale nic więcej nie powiedział. Był przekonany, że Kasia szybko się znudzi, że następnego dnia wróci z torbami pełnymi zakupów. Jak zawsze.
Nie wróciła.
Drugiego dnia w lodówce zostało kilka jajek, kawałek masła i otwarty słoik musztardy. Trzeciego Jan sam zajrzał do kuchennych szafek. Stał przed nimi przez dłuższą chwilę, jakby liczył na to, że między ryżem a pustym opakowaniem po herbacie nagle pojawi się pełna torba zakupów. Kasia obserwowała go z salonu i nic nie mówiła. W końcu Jan zamknął szafkę.
– Dobra – mruknął. – Jutro coś sobie kupię.
Kasia uśmiechnęła się pod nosem. Właśnie na to czekała.
Następnego dnia Jan rzeczywiście poszedł do sklepu. Nie dlatego, że nagle odkrył w sobie pasję do robienia zakupów. Po prostu rano otworzył lodówkę, potem szafkę, potem znowu lodówkę i w końcu zrozumiał, że tym razem nic samo się nie pojawi.
W osiedlowym sklepie spędził prawie pół godziny. Najpierw wrzucał do koszyka wszystko, na co miał ochotę: szynkę, ser, jajka, twarożek, pieczywo, sok, kawę, gotowe pierogi i kilka innych drobiazgów. Potem spojrzał na ceny, wyjął sok. Po chwili odłożył lepszy ser. Przy półce z wędlinami stał dobre dwie minuty, porównując ceny za kilogram.
– No nie wierzę – mruknął pod nosem. – Tyle za zwykłą szynkę.
Starsza pani obok spojrzała na niego z rozbawieniem.
– A pan pierwszy raz na zakupach?
Jan udał, że nie słyszy. Przy kasie zapłacił ponad sto złotych i wyszedł ze sklepu z miną człowieka, który właśnie został osobiście oszukany przez cały system handlu detalicznego.
Wieczorem zrobił sobie jajecznicę. Na początku był z siebie bardzo zadowolony. Pokroił cebulę, rozgrzał patelnię, wbił jajka i nawet przypomniał sobie, że trzeba posolić. Problem pojawił się później. Na blacie zostały łupiny, deska do krojenia, nóż, talerz po cebuli i tłusta patelnia. Jan zjadł, odstawił wszystko do zlewu i wrócił do salonu.
Kasia przechodziła chwilę później przez kuchnię.
– Jan, a patelnia?
– Umyję później.
– Dobrze.
Nie powiedziała nic więcej.
Następnego ranka patelnia nadal stała w zlewie. Obok pojawił się kubek po kawie i talerz po kanapkach z twarożkiem. Wieczorem Jan chciał przygotować sobie pierogi, ale musiał najpierw umyć garnek, bo wszystkie czyste naczynia, których zwykle używał, już gdzieś zniknęły.
– Kasia, gdzie jest ten mały garnek?
– W zmywarce.
– A czemu zmywarka nie jest włączona?
– Bo są tam głównie twoje rzeczy.
Jan spojrzał na nią.
– To co?
– To ją włącz.
Westchnął tak ciężko, jakby właśnie powierzono mu prowadzenie elektrowni.
Kasia natomiast funkcjonowała zupełnie normalnie. Rano jadła śniadanie po drodze do pracy. Czasem brała kawę i bułkę z makiem w piekarni. Innym razem jadła jogurt z owocami przy biurku. W południe wychodziła z koleżankami do baru mlecznego. Raz zamówiły zupę pomidorową z ryżem, innym razem naleśniki albo sałatkę jarzynową z pieczywem. Nie robiła tego demonstracyjnie. Nie wracała do domu z pudełkami na pokaz. Po prostu przestała organizować życie Jana. I właśnie to drażniło go najbardziej.
Wcześniej zakupy były dla niego czymś niemal niewidzialnym. Otwierał lodówkę i znajdował tam mleko. Kończyła się pasta do zębów – po dwóch dniach stała nowa. Brakowało płynu do naczyń – nagle pojawiała się pełna butelka. Teraz wszystko miało cenę, termin i wymagało pamiętania.
W czwartek rano skończył mu się chleb. Wieczorem zapomniał kupić nowy. W piątek odkrył, że nie ma kawy.
– Kasia, ty jutro będziesz gdzieś wychodzić? – zapytał pozornie obojętnie.
– Będę.

– To może kupisz po drodze kawę?
Spojrzała na niego.
– Tobie?
– No… do domu.
– Ja mam swoją w pracy.
Jan zacisnął usta.
– Dobra, już nic nie mówiłem.
Część 3: Interwencja rodziców
W sobotę rano Kasia ubrała płaszcz, wzięła torebkę i wyszła wcześniej niż zwykle. Jan jeszcze spał. Nie wiedział, że kilka dni wcześniej zadzwoniła do Bożeny.
Spotkanie umówiły w małej kawiarni przy spokojnej ulicy niedaleko centrum. Bożena już czekała przy stoliku pod oknem. Przed nią stała herbata, a obok niewielki kawałek sernika. Zbigniew siedział naprzeciwko i przeglądał kartę, choć było oczywiste, że od początku zamierza zamówić zwykłą czarną kawę.
– No jesteś! – powiedziała Bożena, kiedy Kasia podeszła. – Siadaj. Coś się stało?
Kasia zdjęła płaszcz.
– Nic strasznego. Po prostu chyba doszliśmy z Janem do momentu, w którym trzeba coś zmienić.
Zbigniew odłożył kartę.
– Co zrobił?
Kasia opowiedziała im wszystko spokojnie. Nie przesadzała, nie robiła z Jana potwora. Powiedziała tylko o rachunkach, zakupach, odkładaniu pieniędzy na Pragę, drogiej konsoli i o tym, że Jan uważał codzienne wydatki za coś, czym powinna zajmować się ona.
Bożena słuchała z coraz bardziej napiętymi ustami.
– Czyli on naprawdę myślał, że ty będziesz płacić za wszystko, a on sobie będzie odkładał na wyjazdy?
– Mniej więcej.
Zbigniew westchnął.
– Pięknie.
Bożena spojrzała na męża.
– Wychowaliśmy księcia.
– Nie księcia – odpowiedział Zbigniew. – Książę przynajmniej wie, że ktoś utrzymuje zamek. Nasz nawet tego nie zauważył.
Kasia nie wytrzymała i się roześmiała. Bożena pokręciła głową.
– Dobrze, że nam powiedziałaś.
– Nie chcę, żebyście robili awanturę.
– I nie będziemy – powiedział Zbigniew spokojnie. Spojrzał na żonę. Bożena odpowiedziała mu krótkim, znaczącym spojrzeniem. Kasia od razu zrozumiała, że właśnie między nimi zapadła jakaś decyzja.
– Co wy kombinujecie?
Bożena uśmiechnęła się niewinnie.
– My nic.
Zbigniew dopił kawę.
– Po prostu czasem dorosłemu człowiekowi trzeba pokazać kilka rzeczy w praktyce.
Kasia spojrzała na nich oboje i po raz pierwszy od początku całej tej historii poczuła, że nie musi już wszystkiego załatwiać sama.
W piątek wieczorem Jan wrócił do domu wyraźnie rozdrażniony. Od progu było słychać, że coś mu nie pasuje. Najpierw głośniej niż zwykle odstawił buty. Potem otworzył lodówkę, zajrzał do niej, zamknął. Po chwili otworzył jeszcze raz, jakby za drugim razem miało się tam pojawić coś nowego.
Kasia siedziała przy stole z kubkiem herbaty.
– I co? – zapytała spokojnie.
– Co „co”?
– Widzę, że czegoś szukasz.
Jan odwrócił się do niej.
– Normalnego jedzenia.
– To kup.
– Kasia, ile można?
– Nie wiem. Ty mi powiedz.
Jan oparł dłonie o blat.
– W domu powinno być coś gotowego. Człowiek wraca po całym tygodniu pracy i nie chce jeszcze zastanawiać się, co kupić, co ugotować i co potem z tym wszystkim zrobić.
Kasia uniosła brwi.
– Ciekawe.
– Co ciekawe?
– Ciekawe, że kiedy ja się nad tym zastanawiałam przez ostatnie lata, jakoś ci to nie przeszkadzało.
Jan westchnął.
– Znowu zaczynasz?
– Nie. To ty zacząłeś.
Przez chwilę panowała cisza. Jan otworzył szafkę, wyjął paczkę makaronu, spojrzał na nią i z powrotem odstawił na półkę.
– Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego ty robisz z tego taką zasadę.
– Bo to jest zasada.
– Jaka?
– Że dwoje dorosłych ludzi mieszka razem, więc dwoje dorosłych ludzi dba o wspólny dom.
Jan prychnął.
– Moja matka jakoś całe życie ogarniała wszystko sama i nie robiła z tego tragedii.
Kasia odstawiła kubek.
– Świetnie. To może zapytaj ją, co o tym myśli.
Jan spojrzał na nią uważnie.
– Myślisz, że nie zapytam?
– Proszę bardzo.
To wystarczyło. Jan wyjął telefon z kieszeni i od razu wybrał numer. Kasia nawet się nie ruszyła. Po kilku sygnałach Bożena odebrała.
– Mamo, no wreszcie – zaczął Jan tonem człowieka, który właśnie doczekał się posiłków. – Słuchaj, bo tu już się naprawdę dzieją jakieś dziwne rzeczy.
Kasia popatrzyła w bok, żeby się nie uśmiechnąć.
– Kasia stwierdziła, że nie będzie robić normalnych zakupów do domu. Wszystko mam sobie kupować sam. Jedzenie, swoje rzeczy, wszystko. I jeszcze mówi, że to niby jest sprawiedliwe.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
– Tak, mamo, dokładnie. – Jan zaczął chodzić po kuchni. – No przecież ja też mam swoje wydatki. Mówiłem wam o Pradze. Michał już wszystko organizuje.
Znów posłuchał przez chwilę.
– No dobrze, to przyjedźcie i jej wytłumaczcie, bo mnie już nie słucha.
Kasia odwróciła głowę. Jan zakończył rozmowę i położył telefon na stole z miną człowieka, który właśnie wygrał sprawę w sądzie.
– No teraz zobaczymy.
– Co zobaczymy?
– Mama przyjedzie. Sama?
– Nie wiem. Może z tatą.
Kasia skinęła głową.
– To dobrze.
Jan zmarszczył czoło. Chyba spodziewał się innej reakcji. Przez następne pół godziny chodził po mieszkaniu i coraz bardziej się nakręcał. Opowiadał Kasi, jak to dawniej wyglądały normalne rodziny, jak jego matka zawsze miała obiad, jak ojciec wracał z pracy i nie musiał sprawdzać, czy jest chleb, jak w domu wszystko działało bez żadnych dyskusji o podziale obowiązków. Kasia słuchała spokojnie.
W końcu rozległ się dzwonek do drzwi. Jan natychmiast się wyprostował.
– No i są.
Podszedł pierwszy, ale Kasia była bliżej i otworzyła drzwi. Na klatce stała Bożena, obok niej Zbigniew. Nie wyglądali na ludzi, którzy przyjechali robić awanturę. Bożena miała na sobie jasny płaszcz i trzymała torebkę pod pachą. Zbigniew stał spokojnie z rękami w kieszeniach kurtki.
– Dobry wieczór – powiedziała Kasia.
– Dobry wieczór, kochanie – odpowiedziała Bożena.
Jan wyszedł do przedpokoju.
– No mamo, powiedz jej.
Bożena spojrzała na syna.
– Co mam jej powiedzieć?
Jan aż mrugnął.
– No to, co mówiłem przez telefon.
– Słyszałam.
– No właśnie.
Zbigniew wszedł do środka i zdjął kurtkę.
– Jan, usiądźmy.
– Ale po co?
– Bo chcemy porozmawiać.
Już sam ton ojca sprawił, że Jan przestał się uśmiechać. Usiedli w salonie. Bożena zajęła miejsce obok Kasi. Zbigniew naprzeciwko syna.
– Synku – zaczęła Bożena spokojnie. – Ty naprawdę uważasz, że żona ma płacić za wspólne życie, a ty możesz całą swoją wypłatę odkładać na własne przyjemności?
Jan poruszył się niespokojnie.
– Nie całą…
– To ile dokładasz do rachunków? – zapytał Zbigniew.
Jan nie odpowiedział.
– Do zakupów?
Cisza.
– Do środków czystości?
Jan odchrząknął.
– No przecież Kasia zawsze to kupowała.
Zbigniew pokiwał głową.
– Właśnie.
Bożena westchnęła.
– Myśmy cię chyba za długo wyręczali. A potem Kasia przejęła pałeczkę. I ty nawet nie zauważyłeś, że ktoś cały czas robi za ciebie połowę życia.
Jan zrobił się czerwony.
– Czyli wy też jesteście przeciwko mnie?
– Nie jesteśmy przeciwko tobie – odpowiedział Zbigniew. – Właśnie dlatego tu jesteśmy.
– To znaczy?
Ojciec spojrzał na Bożenę, a potem znowu na syna.
– Masz niedługo urlop.
Jan od razu zesztywniał.
– No mam.
– To spędzisz jego część z nami.
– Gdzie?
– U nas.
– Po co?
Bożena uśmiechnęła się lekko.
– Pamiętasz stary dom po dziadkach na obrzeżach miasta?
Jan spojrzał podejrzliwie.
– Pamiętam.
– Trzeba tam sporo rzeczy ogarnąć – ciągnęła. – Garaż, piwnicę, okna, trochę malowania. Przyda się dodatkowa para rąk.
– Chwileczkę. Ja jadę do Pragi.
Zbigniew pokręcił głową.
– Nie tym razem.
– Ale Michał już wszystko ustala.
– To mu powiesz, że plany się zmieniły.
Jan poderwał się z fotela.
– To jest jakieś karanie mnie?
– Nie – odpowiedziała Bożena stanowczo. – Kara byłaby wtedy, gdybyśmy chcieli ci dokuczyć. My chcemy, żebyś przez kilka dni zobaczył, jak wygląda normalne prowadzenie domu, kiedy nikt nie robi wszystkiego za ciebie.
Jan spojrzał na Kasię.
– To ty ich namówiłaś?
Kasia pokręciła głową.
– Opowiedziałam tylko, co się dzieje.
Zbigniew wstał.
– Spokojnie. Nikt cię nie wysyła do kopalni. Będziesz z nami mieszkał, jadł normalnie, odpoczywał, ale też będziesz uczestniczył w tym, co trzeba zrobić.
– A jak nie chcę?
Bożena spojrzała na niego z tym spokojem, który Jan znał od dzieciństwa.
– To i tak pojedziesz.
Jan otworzył usta, ale nic nie powiedział. Kilka minut później pakował do torby rzeczy na kilka dni, bez entuzjazmu, bez komentarzy. Kiedy wychodzili, Zbigniew wziął torbę syna, ale Jan od razu ją odebrał.
– Sam poniosę.
Ojciec spojrzał na niego krótko.
– I bardzo dobrze.
Kasia została w drzwiach. Bożena uśmiechnęła się do niej.
– Odezwę się.
Jan tylko rzucił:
– Pa.
Po chwili drzwi się zamknęły. Na klatce schodowej słychać było jeszcze głosy Zbigniewa i Bożeny. Kasia wróciła do salonu, usiadła na kanapie i spojrzała na pusty fotel po drugiej stronie pokoju. Pierwszy raz od dawna w mieszkaniu było naprawdę cicho.
Część 4: Lekcja w starym domu
Stary dom po dziadkach stał na obrzeżach niewielkiego miasta przy spokojnej ulicy, gdzie większość sąsiadów znała się od lat. Jan pamiętał to miejsce z dzieciństwa zupełnie inaczej. Wtedy wydawało mu się ogromne. Teraz zobaczył przede wszystkim, ile rzeczy wymagało pracy. W garażu piętrzyły się stare kartony, narzędzia, puszki po farbie i jakieś deski, których przeznaczenia nikt już nie pamiętał. W piwnicy stały słoiki, puste skrzynki i dwa krzesła z urwanymi oparciami. Ogrodzenie od strony ulicy dawno straciło kolor, a rynny były pełne liści.
Pierwszego ranka Bożena postawiła na stole chleb, twarożek ze szczypiorkiem, pomidory i jajka na miękko. Jan usiadł i spojrzał na nią podejrzliwie.
– To wszystko?
Bożena uniosła brwi.
– A czego się spodziewałeś? Bufetu hotelowego?
Zbigniew parsknął śmiechem.
– Jedz, bo potem jedziemy do marketu budowlanego.
– Po co?
– Po farbę, worki, rękawice i parę drobiazgów.
Jan westchnął.
– Dopiero przyjechałem.
– Wczoraj – przypomniała mu matka.
Po śniadaniu Jan automatycznie wstał od stołu i ruszył w stronę drzwi.
– Talerz – powiedziała Bożena.
Odwrócił się.
– Co talerz?
– Sam się nie zaniesie do zlewu.
Jan wrócił, zabrał talerz i kubek.
– Widzisz – powiedział Zbigniew. – Już pierwszy sukces.
– Bardzo śmieszne.
W markecie Jan jeszcze próbował zachowywać się jak gość. Szedł kilka kroków za rodzicami, dopóki Zbigniew nie podał mu dużego wózka.
– Prowadź.
– Czemu ja?
– Bo masz dwie zdrowe ręce.
Potem trzeba było znaleźć odpowiednią farbę, porównać ceny pędzli, policzyć worki na śmieci i sprawdzić, czy tańszy preparat do drewna rzeczywiście się opłaca. Jan szybko zauważył, że nawet zwykłe zakupy do domu nie polegają na wrzucaniu pierwszej rzeczy do koszyka.
Po powrocie Zbigniew zaprowadził go do garażu.
– Zaczniemy tutaj.
– Co dokładnie?
– Wszystko, czego nie używamy, dzielimy na trzy kupki: zostaje, do oddania i do wyrzucenia.
Jan popatrzył na wnętrze garażu.
– To chyba zajmie cały dzień.
– Możliwe.
– I po co trzymaliście tyle rzeczy?
Zbigniew spojrzał na niego.
– Dobre pytanie. Jak skończysz, możesz zapytać sam siebie: „Po co ty trzymasz w domu pięć pudełek po elektronice?”
Jan nic nie odpowiedział.
Przez kolejne dni pracy nie brakowało. Raz czyścił rynny razem z ojcem, innym razem wynosił stare rzeczy z piwnicy. Potem malowali fragment ogrodzenia. Ale największym zaskoczeniem dla Jana były nie te cięższe zadania, tylko cała reszta. Wracali zmęczeni do domu, a Bożena mówiła:
– Jan, rozpakuj zakupy.
Albo:
– Wstaw pranie. Proszek jest w szafce.
Albo:
– Jak już idziesz na górę, zabierz czyste ręczniki.
Pierwszego dnia pytał o wszystko.
– Gdzie jest płyn?
– W szafce.
– W której?
– Otwórz i zobacz.
– A jaki program w pralce?
– Przeczytaj.
Bożena odpowiadała spokojnie, bez złości, ale też bez biegania za nim. Trzeciego dnia Jan sam zauważył pełny kosz na pranie i zaniósł go do łazienki. Zbigniew zobaczył to z korytarza.
– Proszę, proszę.
– Co?
– Nic. Człowiek się rozwija.
– Tato, daj spokój.
Wieczorem tego samego dnia Jan wszedł do kuchni. Bożena siedziała przy stole i czytała gazetę.
– Mamo, co będzie na kolację?
Nie podniosła wzroku.
– Nie wiem.
Jan zatrzymał się.
– Jak to nie wiesz?
– Normalnie.
– To nic nie robisz?
Bożena odłożyła gazetę.
– Lodówka jest pełna. Kuchnia działa. Dzisiaj twoja kolej.
Jan rozejrzał się po pomieszczeniu.
– Ale co mam zrobić?
– Co chcesz?
Otworzył lodówkę. Były tam jajka, ser, warzywa, kawałek wędliny, jogurt, masło i ugotowane wcześniej ziemniaki.
– Z tego?
– Tak, Jan. Ludzie od lat robią kolacje z rzeczy, które są w lodówce.
Zbigniew wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
– Ja się nie wtrącam. Jestem klientem.
– Jeszcze tego brakowało.
Jan wyjął ziemniaki, cebulę i jajka. Po kilku minutach zapytał:
– Gdzie jest większa patelnia?
– Dolna szafka – odpowiedziała Bożena.
– A potem… mamo, ile tej cebuli?
– Ile uważasz.
– A przyprawy?
– Są nad kuchenką.
– I wy tak codziennie?
Bożena spojrzała na niego.
– Ktoś codziennie musi wiedzieć, co jest w lodówce, czego brakuje, co trzeba kupić, co ugotować i co potem posprzątać.
Jan przestał mieszać na patelni. Przez moment nic nie mówił. Przypomniał sobie Kasię wracającą z pracy z torbami. Listy zakupów leżące na stole. Pytania, czy czegoś potrzebuje. Pełną lodówkę, której nigdy nie uważał za czyjąś pracę. Po prostu była.
Kolacja wyszła całkiem dobrze. Ziemniaki podsmażone z cebulą, do tego jajka sadzone i pomidory. Zbigniew spróbował pierwszy.
– Da się jeść.
Jan spojrzał na niego oburzony.
– Tylko tyle?
– Chcesz medal?
Bożena roześmiała się.
Po kolacji Jan zaczął zbierać talerze. Matka nic nie powiedziała. Dopiero kiedy włączył wodę i sięgnął po płyn do naczyń, spojrzała na Zbigniewa. Ten uśmiechnął się pod nosem. Jan zauważył ich spojrzenia.

– Co znowu?
– Nic – odpowiedziała Bożena. – Po prostu miło popatrzeć.
Jan pokręcił głową, ale tym razem się nie obraził.
Później, kiedy leżał już w swoim dawnym pokoju, długo nie mógł zasnąć. Nie był zmęczony samym garażem ani malowaniem. Najbardziej męczyła go jedna myśl. Przez lata uważał, że Kasia po prostu ogarnia dom. Dopiero teraz zaczynał rozumieć, ile rzeczy kryło się za tym krótkim zdaniem.
Część 5: Powrót i bilety do Paryża
Minęły prawie dwa tygodnie. Kasia zdążyła przyzwyczaić się do ciszy w mieszkaniu. Wracała z pracy, odkładała klucze na komodę, robiła sobie herbatę i nikt nie pytał z drugiego pokoju, czy jest coś dobrego.
W niedzielę, chwilę po południu, zadzwonił domofon. Kasia spojrzała na ekran. Nacisnęła przycisk otwierający drzwi i po kilku minutach usłyszała kroki na klatce schodowej. Kiedy otworzyła drzwi, przez moment nic nie powiedziała.
Jan stał między rodzicami z dwiema dużymi torbami zakupów w rękach. Nie wyglądał jak ktoś, kto wrócił z wojny, ani jak zupełnie nowy człowiek. Po prostu był trochę szczuplejszy, opalony i wyraźnie spokojniejszy. W jednej dłoni trzymał jeszcze bukiet jasnych tulipanów.
– Cześć – powiedział.
– Cześć.
Zbigniew wszedł pierwszy.
– Dostawa specjalna.
Bożena uśmiechnęła się.
– I tym razem sam wszystko wniósł.
Jan przewrócił oczami.
– Mamo, no co?
– Chwalę.
Kasia odsunęła się, żeby ich wpuścić. Jan postawił torby w kuchni, ale zamiast zostawić je na podłodze i zniknąć, zaczął od razu wyjmować zakupy. Chleb, warzywa, ser, jogurty, kawa, mleko, owoce, środki do kuchni i łazienki. Kasia stanęła w drzwiach.
– Ty to wszystko kupiłeś?
Jan spojrzał na nią.
– Tak. Sam.
– Sam i przeżyłeś?
Zbigniew parsknął śmiechem. Jan pokręcił głową.
– Wiedziałem, że tak będzie.
Układał rzeczy po kolei. Produkty do lodówki, chemię pod zlew, pieczywo do chlebaka. Nie robił tego idealnie. Pomidory prawie włożył do lodówki obok mleka, ale po chwili sam się zatrzymał.
– Nie, dobra, te zostawię tutaj.
Kasia nic nie komentowała. Bożena obserwowała syna z miną, którą trudno było odczytać. Kiedy Jan skończył, Zbigniew wyjął z kieszeni złożoną kartkę.
– Jeszcze dokumentacja.
Kasia spojrzała na niego.
– Jaka dokumentacja?
– Po przeglądzie technicznym.
Jan jęknął.
– Tato, błagam.
Zbigniew rozłożył kartkę i zaczął czytać z powagą urzędnika.
– Funkcja zakupy: uruchomiona. Funkcja gotowanie: działa, choć wymaga dalszych aktualizacji. Funkcja sprzątanie: wykryta. Funkcja wspólny budżet: gotowa do wdrożenia. Szacunek do cudzej pracy: przywrócony.
Bożena zakryła usta dłonią, żeby się nie roześmiać. Kasia już się nie powstrzymywała.
– I co? Jest gwarancja?
Zbigniew spojrzał na Jana.
– Warunkowa. Bardzo zabawne. W razie problemów mamy jeszcze piwnicę do malowania.
Jan od razu spoważniał.
– Wszystko będzie działać.
Bożena podeszła do Kasi i ścisnęła ją lekko za rękę.
– My już będziemy jechać.
– Napijecie się chociaż kawy?
– Innym razem. Niech sobie teraz sami porozmawiają.
Po kilku minutach drzwi się zamknęły. Jan i Kasia zostali sami. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Jan spojrzał na zlew. Stały tam dwa kubki i mały talerzyk. Bez słowa podszedł, odkręcił wodę i zaczął je myć. Kasia usiadła przy stole.
– Nie musisz teraz robić pokazówki.
Wyłączył wodę.
– Wiem. – Wytarł ręce i usiadł naprzeciwko niej. – Właśnie dlatego to robię.
Kasia patrzyła na niego uważnie. Jan przez moment szukał słów.
– Ja naprawdę wcześniej tego nie widziałem. Znaczy… wiedziałem, że robisz zakupy, gotujesz, ogarniasz różne rzeczy. Tylko w mojej głowie to wszystko było takie normalne, jakby działo się samo.
Kasia milczała.
– U rodziców człowiek rano wstawał i od razu było coś do zrobienia. Jak nie garaż, to zakupy, jak nie zakupy, to pranie. Potem trzeba było pomyśleć o obiedzie, po obiedzie posprzątać i nagle dzień się kończył. – Westchnął. – A ja wracałem tutaj i pytałem cię, gdzie jest sos.
Kącik ust Kasi drgnął.
– To akurat pamiętam.
– Ja też. Niestety.
Jan sięgnął do kieszeni.
– Jest jeszcze coś.
Wyjął niewielką kopertę i położył ją na stole. Kasia zmarszczyła brwi.
– Co to?
– Otwórz.
W środku były dwa wydrukowane bilety lotnicze. Kasia przeczytała kierunek i spojrzała na niego.
– Paryż.
Jan skinął głową.
– Dwa bilety.
– Widzę.
– I hotel. Nieduży, ale w dobrej dzielnicy. Sprawdzałem opinie chyba trzy wieczory.
Kasia przez chwilę tylko patrzyła na kartki.
– A Praga?
– Nie jadę. Michał się nie obraził.
Jan wzruszył ramionami.
– Trochę ponarzekał. Przeżyję. – Potem spoważniał. – Pomyślałem, że skoro umiałem odkładać pieniądze na siebie, to mogę też zrobić coś dla nas.
Kasia nadal nic nie mówiła.
– Tym razem chciałem zrobić coś dla nas obojga, nie tylko dla siebie. – Po chwili dodał: – Jeszcze jedno. Od przyszłego miesiąca siadamy razem do budżetu. Czynsz, rachunki, zakupy, wszystko. Ustalamy, ile każdy z nas wpłaca, i koniec z tym, że ty pilnujesz wszystkiego sama.
Kasia uśmiechnęła się lekko.
– To brzmi rozsądnie.
– Mam nadzieję.
– A kolacja?
Jan spojrzał na zegarek.
– Mogę zrobić.
– Co?
Wstał i otworzył lodówkę.
– Spokojnie. Tym razem najpierw zobaczę, co mamy, a dopiero potem podejmę decyzję.
Kasia roześmiała się. Jan wyciągnął ser, warzywa i kilka innych rzeczy. Kiedy zaczął krzątać się po kuchni, Kasia sięgnęła po telefon. Napisała do Bożeny krótką wiadomość:
„Chyba naprawdę pomogło. Zakupy zrobił, naczynia umył, o budżecie sam zaczął rozmawiać i kupił nam bilety do Paryża. Możecie być z siebie zadowoleni.”
Odpowiedź przyszła po chwili:
„My to on miał się czego nauczyć. Teraz niech już sam pilnuje, żeby nie zapomniał.”
Kasia odłożyła telefon i spojrzała na Jana. Stał przy blacie, kroił warzywa i co chwilę sprawdzał coś w lodówce. Nie było idealnie, ale pierwszy raz od dawna miała wrażenie, że naprawdę są w tym domu we dwoje.



